PRZEGLĄD PRASY: Nie należymy do specjalnie zażartych przeciwników GMO ani też zwolenników tej technologii. Jednak wystarczyły dwa artykuły zachwalające GMO, by włosy nam się zjeżyły na głowie.

Zaczęło się od artykułu prof. Piotra Węgleńskiego "Ależ uparty ten gen głupoty" , który miał być polemiką z tym, co wcześniej napisał minister środowiska prof. Maciej Nowicki. Od prof. Węgleńskiego dowiedzieliśmy się, że każdy, kto uważa, że wprowadzenie roślin GMO na nasze pola to kontrowersyjny pomysł, jest przyjacielem PiS i LPR, wrogiem teorii ewolucji, pogrobowcem Łysenki, ciemniakiem i zwolennikiem płaskiej ziemi. Tymczasem dyskusja o GMO toczy się w świecie nauki i nie można jej sprowadzić do prostego schematu - ciemni ekolodzy kontra światli naukowcy. Jeszcze bardziej zaniepokoił nas kolejny artykuł -prof. Tomasza Twardowskiego.

Do worka genetycznie modyfikowanych organizmów można wrzucić naprawdę wiele. Od produkcji insuliny po odporną na herbicydy lub niedającą się ugryźć owadom kukurydzę. To rośliny, które wskutek laboratoryjnych manipulacji mają gen dalekiego ewolucyjnie organizmu. Skrzyżowanie pszenicy z żytem to co innego, bo te dwa gatunki to jednak wciąż zboża. Mamy więc generalnie dwa rodzaje modyfikowanych roślin. Pierwszy to te ze wszczepionym genem bakterii Baccillus thuringensis (Bt), po których spożyciu padają owady. Drugi to tzw. GMHT, czyli rośliny mające gen odporności na powszechnie używane środki chwastobójcze.

Dyskusji o GMO nie można też oddzielić od tego, do jakiego modelu rolnictwa powinniśmy dążyć. Wspólnota Europejska właśnie kończy przerabianie lekcji pod tytułem "Wspólna Polityka Rolna". Przez długie lata miliardy walut narodowych, a później euro były pompowane w dotacje dla rolnictwa. Do niedawna stanowiły one około połowy budżetu Wspólnoty. Dziś Unia więcej wydaje na politykę spójności i infrastrukturę, lecz wydatki np. na naukę w porównaniu z rolnictwem to ciągle bardzo niewiele. Koszty społeczne i środowiskowe takiej polityki są olbrzymie.

W większości krajów Europy królują wielkoobszarowe farmy. Dlatego potężnie dostało się środowisku. Liczebność pospolitych ptaków krajobrazu rolniczego, takich jak skowronek czy kuropatwa, spadła w ciągu ostatnich 25 lat o połowę. Nie tylko dlatego, że stosowano więcej nawozów i środków ochrony roślin, ale przede wszystkim dlatego, że promowano gigan tyczne,jednogatunkowe monokultury. Ponad 60 proc. powierzchni UE stało się fabryką żywności. Oczywistą korzyścią z tego jest tania żywność, choć pozostawiająca wiele do życzenia, jeśli chodzi o jakość. Z powodu takiego myślenia musieliśmy stawić czoła choćby chorobie szalonych krów, której przyczyną jest nic innego jak dążenie do obniżania kosztów produkcji i zwiększenia jej efektywności.

Nic więc dziwnego, że UE - powoli, ale konsekwentnie - odchodzi w ostatnich latach od takiej polityki. Nie ilość i niska cena mają być zaletą, ale produkcja nastawiona na jakość oraz ochronę środowiska. W Europie żyjemy w krajobrazie rolniczym. Nasze być albo nie być zależy od jego stanu. Rolnictwo ma wpływ na tak ważne rzeczy, jak jakość wody, którą pijemy, zakwity sinic psujące nam wakacje nad Bałtykiem, a nawet na występowanie powodzi - bo formy użytkowania ziemi wpływają na tempo obiegu wody.

Historia rolnictwa w Europie to tysiące lat, setki gatunków roślin i zwierząt, które są z nim nierozerwalnie związane. Na polach i łąkach żyją chomiki, zające, bociany, czajki, skowronki, rosnąchabryi dzikie maki. Nie można zapomnieć o tysiącach gatunków owadów, z których istnienia czerpiemy wymierne korzyści, np. zapylanie roślin, także tych użytkowanych gospodarczo.

Gdy więc profesor Twardowski w artykule bezkrytycznie cytuje raport Amerykańskiej Akademii Nauk z 2002 r. dotyczący GMO, którego konkluzja brzmi: rolnictwo w istocie jest aktywnością świadomie ograniczającą bioróżnorodność, każdemu europejskiemu naukowcowi zajmującemu się ochronąprzyrodypowinno się zapalić światło alarmowe. Być może w Ameryce, gdzie wielkoobszarowe rolnictwo ma historię nie dłuższą niż 100 lat, można tak przyjąć. Ale tam zagęszczenie ludności na terenach rolniczych jest trzy razy mniejsze niż na naszym "przegęszczonym" kontynencie.

Ochrona bioróżnorodności należy więc do priorytetowych zadań rolnictwa stawianych w strategiach UE (np. Planie Rozwoju Obszarów Wiejskich) na równi z produkcją żywności. Na polu rolnika powinno być miejsce dla chabrów i maków oraz dla bociana i skowronka, bo to ma ścisły związek z jakością naszego życia. Pytanie, czy temu służy uprawa roślin GMO, czyjest to próba wepchnięciaponownie europejskiego rolnictwa na ścieżkę masowej produkcji taniej żywności

Dość często jako argument za uprawianiem GMO podaje się mniejszą ilość środków owadobójczych, które stosuje się przy roślinach Bt. Jednak -jak przyznaje profesor Węgleński-nie tylko szkodliwe owady będą ginąć po spożyciu roślin genetycznie modyfikowanych. Czyli nie jest to rozwiązanie problemu, ale jedynie przeniesienie go na inne, mało znane pole. Z punktu widzenia szczygła bez znaczenia jest to, czy chwastów albo owadów nie ma, bo w okolicy rosną rośliny GMO, czy dlatego, że zniszczono je środkami chemicznymi.

Intuicja podpowiadała nam, że działanie roślin GMO w ekosystemach można porównać do obcych gatunków. Mają cechy, które je faworyzują w walce z innymi roślinami o te same zasoby (wodą światło, azot). Roślina GMO może być "owadoodporna", a takim atutem z reguły nie dysponują inni gracze. Z artykułu profesora Twardowskiego dowiedzieliśmy się, że intuicja nas nie myliła. (...)

(...) W Europie wpływowi GMO na środowisko przyjrzeli się Brytyjczycy wra-mach eksperymentu terenowego Farm Scalę Evaluation, a wyniki ich prac nie są uspokajające. Wykazali oni mianowicie, że uprawy GMHT zmieniają bogactwo gatunkowe na terenach rolniczych. W uprawach roślin GMHT jest mniej pokarmu dla 16 gatunków ptaków żywiących się nasionami i to zubożenie tzw. banków nasion w glebie utrzymuje się przynajmniej przez dwa lata (danych dla dłuższych okresów jeszcze nie analizowano).

Uprawy GMHT obniżały liczebność roślin dwuliściennych, faworyzując w ten sposób rośliny jednoliścienne, co prowadzi do przebudowy składu ekosystemów polnych. Całkiem powszechnie dochodzi do krzyżowania roślin genetycznie modyfikowanych z ich dzikimi krewniakami, które nabywają cech odporności na herbicydy oraz owady i mogą się stać "poważnymi nowymi graczami" w otaczających nas ekosystemach.

Dlatego wielu poważnych ekologów wyraża swoje zastrzeżenia wobec upraw GMO, i chodzi tu o naukowców, a nie tylko działaczy Greenpeace. W Polsce zrobił to ostatnio Komitet Ochrony Przyrody PAN. Ktoś może nam zarzucić, że przedkładamy ptaszki nad głodujące dzieci. Ale polne ptaszki w tym przypadku są wskaźnikiem jakości naszego życia. Nie jest jasne, czy GMO rozwiąże problemy Trzeciego Świata z głodem. Jeżeli tak, to dlaczego oferta wielkich koncernów nie jest skierowana do biednych krajów afrykańskich, ale głównie do rolniczych potentatów, takich jak USA, Kanada, Argentyna czy właśnie Europa. Może dlatego, że tu są pieniądze, na których zależy firmom produkującym GMO. (...)

I ostatni aspekt, który nam wydaje się interesujący. A mianowicie prawa patentowe. Żywność przez całe wieki należała do czegoś, co dziś nazwalibyśmy za językiem informatycznym "zasobami otwartymi". Inaczej mówiąc, kupiony na targu ziemniak wysadzony i rozmnożony jest własnością rolnika. Możemy od niego ziemniaki kupić, może on je nam podarować i nic nikomu do tego. Na tym, że żywność należy do zasobów otwartych, ludzkość oparła swój sukces. Rośliny GMO w większości wypadków objęte są patentami należącymi do wielkich firm. Opatentowane są również metody uzyskiwania GMO. Zrozumialy jest więc interes, jaki mają w tym koncerny, które inwestują wbadania nad GMO i chcą mieć z tego zyski. Ale czy wchodząc na ścieżkę patentowania dobra podstawowego i codziennego, jakim jest żywność, nie tracimy czegoś niezwykle ważnego.

Profesor Twardowski ma rację, że przy GMO należy dokonać bilansu zysków i strat. Ryzyko jest wyraźne. Teraz musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, czy opłaca się namje ponosić dla tańszego o 10 proc. kurczaka.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Podobał się artykuł? Podziel się!