Farmer: Jak Pan odbiera spory wokół GMO w Unii Europejskiej? Czy rzeczywiście jest coraz większa dezaprobata dla tej technologii?

Jack Bobo: Wydaje mi się, że z jednej strony coraz częściej można spotkać się z otwarcie wyrażanym oporem wobec GMO, ale z drugiej strony wzrasta również ciche wsparcie dla tej technologii. W zeszłym roku kolejne dwa kraje dołączyły do tych, które posługują się biotechnologią w produkcji roślinnej, a jest ich w sumie osiem. Często przeciwko technologii GMO jest szerokie społeczeństwo, które nie jest odpowiedzialne za uprawy, natomiast rolnicy widzą jakie niesie za sobą korzyści i wspierają GMO.

F: Co ma Pan na myśli mówiąc o cichym wsparciu?

J.B.: Jeśli chodzi o Europę, nikt nie wygra wyborów dzięki temu, że popiera GMO. Byli tacy, którzy stracili pracę, właśnie dlatego że wyrażali swoje poparcie. Jednak wielu rolników przyznaje, że należy sięgnąć po metody, jakie oferuje biotechnologia, jeśli mamy sprostać przyszłym wyzwaniom. Myślę, że z czasem coraz więcej rolników będzie zainteresowanych tego rodzaju technologiami, a ponieważ stoimy w obliczu kryzysu żywnościowego, wzrośnie też liczba konsumentów, którzy będą otwarci na takie produkty. Wydaje mi się, że jeśli Europa nie zacznie interesować się tą technologią, ryzykuje znacznym opóźnieniem biotechnologicznym. Trzy z sześciu największych firm biotechnologicznych na świecie są firmami europejskimi; szkoda, że prowadzą one swoje badania w Stanach, a nie w Europie. Co więcej, pięć lat temu kraje rozwijające mówiły, że chcą zaczekać w tej kwestii na Europę, ale obecnie już nie chcą i postanowiły o własnych siłach iść przodu.

F: Jak przebiega dyskusja o GMO pomiędzy Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi?

J.B.: Jesteśmy bardzo zaangażowani w rozmowy o GMO z Unią Europejską, aby umożliwić wymianę handlową. W UE proces związany z akceptacją różnych nowych produktów jest bardzo powolny. To znaczne utrudnienia wymianę handlową pomiędzy USA a Europą i dlatego staramy się wpłynąć na przyspieszenie tego procesu.