Wiceminister podkreśliła, że resort liczy, że w tym czasie zostanie znacznie zwiększona produkcja pasz krajowych bez GMO. - Są wieloletnie programy, będziemy szukali możliwości ulepszenia upraw, będziemy zachęcać rolników - wyliczała. Dodała, że być może zmienione zostaną zasady wspierania produkcji roślin strączkowych i motylkowych z dopłat do hektara na dopłaty do produkcji.

W 2015 r. na dopłaty przeznaczono 286 mln zł (kwota 2 proc. dopłat bezpośrednich na dany rok). O dopłaty ubiegało się 233 tys. rolników. Stawka dopłaty wyniosła 415 zł/ha.

Lech zaznaczyła, że chodzi również o wprowadzenie postępu genetycznego do produkcji tych upraw tak, by były one bardziej wydajne; ma to sprzyjać zastępowaniu śruty sojowej rodzimymi roślinami wysokobiałkowymi.

Jak przypomniała, od 2016 r. ruszył kolejny program wieloletni wsparcia upraw roślin wysokobiałkowych na lata 2016-2020. Na ten cel budżet wyda 33 mln zł. Wcześniej realizowany był podobny (2011-2015), na który wydano 35 mln zł. Rośliny wysokobiałkowe to m.in.: bób, ciecierzyca, fasola, soczewica, groch, łubin, wyka, koniczyna i lucerna.

W ub. roku powierzchnia upraw roślin strączkowych i motylkowych wzrosła dwukrotnie do 690 tys. ha. w stosunku do 2014 r. Nie przekłada się to jednak na wzrost krajowych komponentów do pasz, bowiem tylko nieznaczna ilość tych roślin trafia do wytwórni pasz.

Zdaniem prof. Andrzeja Rutkowskiego z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, realne jest zwiększenie krajowej produkcji roślin białkowych, ale w obecnym stanie wiedzy, nie da się wyeliminować śruty sojowej z żywienia zwierząt, zwłaszcza drobiu i świń. - Dążymy do uniezależnienia Polski od importowanego białka, ale to jeszcze długo potrwa - powiedział profesor. Podkreślił, że problem leży głównie w klimacie.

Zakaz stosowania pasz GMO w Polsce byłby absurdalny, są otwarte granice i żaden kraj unijny takiego zakazu nie wprowadził, więc i tak byłby on nieskuteczny, a podciąłby opłacalność zwłaszcza produkcji drobiarskiej w Polsce - uważa prezes Izby Zbożowo-Paszowej Adam Tański. Według niego, jednak nie oznacza to, że nie trzeba rozwijać produkcji krajowego białka roślinnego i pracować nad poprawą przyswajalności tych roślin w żywieniu zwierząt.