W moim artykule opublikowanym w jednym z niedawnych numerów Farmera napisałem m.in., że miniony wiek XX zapisał się w historii rozwoju rolnictwa ogromnym wzrostem efektywności produkcji rolniczej, głównie dzięki znaczącym osiągnięciom w hodowli roślin i zwierząt oraz w mechanizacji, chemizacji i organizacji tej produkcji.

Podkreśliłem też, że niektóre elementy tego postępu, np. nadmierna chemizacja rolnictwa, odcisnęły swoje negatywne piętno na środowisku oraz, że te negatywne skutki postępu wynikały w dużej mierze z niedoskonałości technologicznych oraz z niedostatecznej wiedzy i troski o środowisko. I właśnie wiedzy i troski - choć tylko w odniesieniu do mikroorganizmów glebowych - dotyczyć będzie mój obecny artykuł.

Otóż w licznych opracowaniach, niestety także naukowych, można znaleźć dość zaskakujące i szokujące stwierdzenia na temat tego, jak to intensywne rolnictwo, a zwłaszcza chemiczne środki produkcji (nawozy i pestycydy) wyjaławiają glebę i niszczą w niej wszelkie "życie", łącznie z mikroorganizmami.

Na przykład, już na samym początku wstępu publikacji zamieszczonej w jednym z czasopism naukowych, znalazłem następujące zdanie: "Negatywne skutki intensyfikacji produkcji roślinnej prowadzonej metodami konwencjonalnymi doprowadziły do wyjałowienia i zakwaszenia gleb, a w konsekwencji do degradacji środowiska".

Nie wiem, skąd autorzy takich opinii czerpią tę "czarną wiedzę", ale wydaje mi się, że głównie z ulotek reklamowych różnych preparatów lub paranawozów, które wprost w cudowny sposób mają "leczyć" i użyźniać zdegradowane gleby. W dodatku te nieprawdopodobne wręcz efekty można rzekomo uzyskać, stosując niewielkie ilości (objętości) tych środków.