Za zakazem stosowania trzech substancji czynnych z grupy neonikotynoidów opowiedziało się podczas spotkania Komitetu Odwoławczego piętnaście krajów Unii Europejskiej, osiem państw było przeciw, a cztery - wstrzymały się od głosu. W ten sposób jednak nie uzyskano, już drugi raz większości kwalifikowanej. Teraz decyzję w tej sprawie podejmie Komisja Europejska, ale wiele wskazuje na to, że zakaz zostanie wprowadzony.

Ma on dotyczyć takich upraw jak m. in. rzepak, kukurydza, słonecznik i bawełna. Dla Polski najbardziej uciążliwe jest wycofanie tych środków dla rzepaku. Największym problemem dla producentów materiału siewnego jest fakt, że środki zawierające trzy substancje czynne z grupy neonikotynoidów nie mają w tej chwili żadnych zamienników na rynku. Jak wynika z danych resortu rolnictwa obecnie w Polsce do obrotu dopuszczonych jest 13 środków ochrony roślin zawierających substancję czynną imidachlopryd, 4 - chlotianidynę i 4 - tiametoksam.

- Sprawa zakazu jest już raczej przesądzona. Dobrze, że planuje się go wprowadzić chociaż od grudnia, a nie od lipca. To jest pewnego rodzaju ułatwienia dla rolników i dla firm, które zajmują się zaprawianiem np. nasion rzepaku, bo producenci będą mogli jeszcze w najbliższym sezonie użyć zapraw nasiennych z tymi preparatami i nie stracą na tym - mówi prof. Mrówczyński.

Inna sytuacja jest w wypadku rzepaku jarego. - Powinno być wprowadzone roczne vacatio legis (red. vacatio legis ustanowiono w celu umożliwieniu wszystkim zainteresowanym poznania nowych przepisów, a także przygotowania się do zmiany sytuacji prawnej), czyli rolnicy w nowym sezonie powinni mieć jeszcze możliwość wysiania nasion rzepaku jarego potraktowanego tymi środkami.
Ponieważ w tym roku z powodu opóźnionej wiosny i przesunięcia terminów agrotechnicznych nie wskazane było już wysianie rzepaku jarego. Wprowadzając ten zapis te osoby i firmy, które mają już zakupione i zaprawione nasiona w tym roku, nie stracą na nich z punktu widzenia ekonomicznego, a z drugiej strony, nie będzie pytania co z nimi robić, gdzie utylizować i kto za to zapłaci - dodaje prof. Marek Mrówczyński.