Wyprawa UAZ- em na „słońca wschód” i pokonanie ponad trzynaście tysięcy kilometrów, nie odbyłoby się gdyby nie odwaga, aby realizować swoje pasje i podróżnicze marzenia, a także chęć niesienia pomocy tym, którzy tego potrzebują. Uczestnicy eskapady poznali się w ubiegłym roku podczas „Złombolu” dzięki rekinowi, a dokładniej ranie po jego ugryzieniu na nodze Mateusza, którą reszta ekipy opatrzyła plastikowymi opaskami i taśmą. Część z nich jest z Tczewa, część z Bydgoszczy.

Natalia Łosiak, Kasia Kryczyk, Mateusz Padykuła i Tomek Leszkowski z Tczewa, wspólnie z ekipą Ciuralla Squad z Bydgoszczy wyruszyli „dzikami” z Polski na Ukrainę, Rosję, Kazachstan, aż do Kirgistanu. Początkowo zaplanowali, że podobnie jak w roku poprzednim, podróż odbędą polonezem, ale ostatecznie zdecydowali, że potrzeba im większego auta, które sprosta wymaganiom drogowym i zaopatrzeniowym podczas wyprawy.

Ich przygoda, a właściwie nierówna walka z chwilami kapryśnymi UAZ-ami i ukraińskimi drogami oprócz wielu niesamowitych wspomnień przyniosła jeszcze jeden bardzo ważny rezultat - pomoc finansową dla jedenastoletniej Pauliny z Tczewa.

Plan był prosty – młodzi wyruszają UAZ-em, na którym firmy, które przekazały środki finansowe na leczenie dziewczynki umieszczały swoje loga. Wsparcia w tej wyjątkowej akcji udzieliła również firma Procam Polska zaopatrująca polskich rolników w środki ochrony roślin, nawozy i nasiona.

Wybierając kierunek „na wschód słońca, bo szkoda nam zachodu” uczestnicy wyprawy byli pewni, że na nudę nie będzie można liczyć. I nie zawiedli się. W wyprawie pomogła im niewątpliwie znajomość języka migowo-polsko-ruskiego i „Magia Bałagana” nie tylko podczas konfrontacji z tamtejszymi policjantami, ale również miejscowymi. Jak skuteczne były obie te umiejętności okazało się m.in. wtedy, gdy uczestnicy wypadu zostali eskortowani na policyjnych sygnałach do kantoru w celu wymiany waluty.

Grymaśne UAZ-y, którymi odbyła się wyprawa nie pozwalały zapominać o fakcie, że to one są główną atrakcją eskapady i w większości przypadków decydowały o długości pokonywanych tras i wyborze miejsca postoju. Uczestnicy pokornie się z tym godząc, rozbijali kolejne obozowiska (m.im. „Tczewbydgoszczostan”) i kempingi, które nierzadko okazywały się turystyczną atrakcją dla naszych wschodnich sąsiadów, którzy częstowali podróżników arbuzami i zapraszali na wycieczki do opuszczonych kutrów, których de facto już dawno nie było w miejscu, w którym według tutejszych miały się znajdować.