Doktor Wojciech Nowacki, specjalista od uprawy ziemniaków  z Oddziału IHAR w Jadwisinie, przypomniał, że 2008 r. to Międzynarodowy Rok Ziemniaka. Mylny jest pogląd, że ziemniak jest pokarmem dla ubogich społeczeństw. Okazuje się bowiem, że Anglicy w ostatnich latach zwiększyli jego spożycie.

Paradoksalnie szansą dla naszych rolników uprawiających ziemniaki może być ocieplanie się klimatu. W związku z tym nasz kraj może dostarczać ziemniaki dla Europy Południowej, która obecnie więcej ich sprowadza niż sama produkuje. Głównym problemem w uprawie ziemniaków w Polsce jest zbyt mały, bo zaledwie 60–70-procentowy, udział plonu handlowego w plonie ogólnym. Za mała okazuje się także produkcja sadzeniaków, nie wykorzystujemy również (bardzo skromnego zresztą) limitu produkcji skrobi, bo uprawa ziemniaków skrobiowych jest dla naszych rolników nieopłacalna, ponieważ większość pieniędzy przeznaczonych na wsparcie tego kierunku trafiła do przetwórców, a nie do rolników.

Ziemniaki dla przetwórstwa uprawiają najlepsi z najlepszych – 500-osobowa elita w kraju. Bardzo trudno jest się dostać do tego klubu.

Nawożenie

Dużo zmienia się w ostatnich latach w technologii uprawy ziemniaków. Coraz częściej są one uprawiane bez obornika, ale za to przy wykorzystaniu bardzo wysokich, bo wynoszących nawet 600 kg NPK/ha dawek nawozów mineralnych. Nie jest to korzystne, ponieważ trzeba przeprowadzać bilans nawożenia nie tylko w zakresie makro-, ale i mikroelementów. Aż 95 proc. rolników intensywnie stosuje dokarmianie dolistne, co zdaniem dra Wojciecha Nowackiego jest przesadą. Uważa on za celowe jednorazowe dokarmianie dolistne ziemniaków wodnym roztworem mocznika w maju po wystąpieniu bardzo intensywnych opadów deszczu, które powodują wypłukanie azotu z gleby.

Odmiany

Innym błędem popełnianym przez rolników jest sporadyczne zaprawianie sadzeniaków przed rizoktoniozą. Choroba ta powoduje przede wszystkim pogorszenie wyglądu bulwy, przez co trudniej ją sprzedać, a wiadomo, że klienci „kupują oczami”.

Inny problem to zbyt rzadka wymiana sadzeniaków, ale to wina nie tylko rolników, ale i firm nasiennych, które za mało „wychodzą” do rolnika. Często ma on do pokonania zbyt dużą odległość, aby kupić kilkaset kilogramów sadzeniaków.