Jak się okazuje, tegoroczne wymarznięcia nie zniechęciły rolników do uprawy rzepaku ozimego. Sądząc z rozmów z nimi, obszar zasiewów pod przyszłoroczny zbiór będzie większy. Głównym tego powodem, jest opłacalność jego uprawy. Opierając się o kalkulacje chociażby Wielkopolskiej Izby Rolniczej, wynik finansowy (zł/ha) jest ponad 4-krotnie wyższy w stosunku do pszenicy ozimej i 3-krotnie wyższy w stosunku do kukurydzy uprawianej na ziarno. Rzepaku odznacza się także szeregiem innych, trudniej wymiernych właściwości. W płodozmianie z przewagą zbóż, stanowi znaczący element zapobiegający monokulturze i powodujący podwyższenie poziomu produkcyjności roślin następczych. Jest dobrym przedplonem, zwłaszcza dla zbóż ozimych. Poza tym wcześnie schodzi z pola, a to właścicielom dużych gospodarstw daje możliwość rozłożenia prac. Nie bez znaczenia jest bardzo długi okres wegetacji (ok. 300 dni), co skutecznie chroni glebę przed erozją. Bardzo ważne jest także to, że do uprawy rzepaku jak i zbóż wykorzystuje się te same maszyny.

Trudno się zatem dziwić się żywemu zainteresowaniu tą rośliną. Obawiam się jednak, że w wielu wypadkach rolnicy nadzieją się na przysłowiową dzidę, robiąc sobie krzywdę. Skąd moje wątpliwości? Są różnorodne. Pierwsza związana jest z prawami rynku. Wyższa podaż to automatycznie niższa cena. W wypadku rzepaku jest to czynnik bardzo istotny, bo jest to roślina wymagającą dużych nakładów inwestycyjnych – ma wysokie potrzeby pokarmowe, koszt materiału siewnego jest wyższy w porównaniu do zbóż, a w wypadku uprawy odmian mieszańcowych nie ma możliwości korzystania z nasion z własnego rozmnożenia. Jest też bardzo wrażliwy na występowanie chorób grzybowych i szkodników, przez co wydatki na środki ochrony roślin stanowią istotną pozycję w kosztach. Niska cena skupu może zachwiać przewidywaną dzisiaj rentowność produkcji.