Sezon wegetacyjny 2011/2012 zapowiadał się dla rzepaku rewelacyjnie. Siewy przeważnie wykonane zostały w terminach agrotechnicznych, roślina zaopatrzona była w składniki pokarmowe i chroniona pestycydami. Jesienią temperatura sprzyjała rozwojowi, niestety wysokie temperatury utrzymywały się zbyt długo - praktycznie do połowy stycznia - rośliny się rozhartowały i nie zniosły niskich temperatur, przy jednoczesnym braku okrywy śnieżnej.

Następnie, co ważne przyszło ocieplenie i wegetacja ponownie ruszyła, ale, że historia lubi się powtarzać, kolejny raz się ochłodziło. Skutek - konieczność przyorania blisko 30 proc. plantacji rzepaku. Braki zostały uzupełnione przede wszystkim przez zboża jare, kukurydzę i rzepak jary. Jednak i tak areał produkcji był dużo mniejszy niż zwykle, stąd bardziej zauważalne były szkodniki.

Zdaniem Tomasza Jaskulskiego z BASF Polska, który opiekuje się polami demonstracyjnymi w Jarosławcu, żaden ze szkodników w tym trudnym sezonie jednak nie zaskoczył producentów rzepaku ozimego, dlatego że te same, pojawiają się co roku, w mniejszym lub większym nasileniu.

- Najwięcej problemów rolnicy mieli ze słodyszkiem rzepakowym, którego intensywność nalotów w związku z wymarzniętymi plantacjami było dużo większe. Na uwagę zasługują też szkodniki łuszczynowe - chowacz podobnik i pryszczarek kapustnik - zignorowanie zabiegów ochrony było widać na początku lipca, w postaci otwierających się łuszczyn - podkreślał Jaskulski.

Z kolei Henryk Wachowiak z Instytutu Ochrony Roślin PIB mówił, że największe zagrożenie w rzepaku ozimym było ze strony szkodników łuszczynowych, w szczególności pryszczarka kapustnika. - Przyczyną tego był mniejszy areał upraw rzepaku, a także przebieg warunków meteorologicznych - zaznaczał Wachowiak.