Dodatkowo opady deszczu pod koniec września i na początku października, a także wzrost temperatur sprzyjały rozwojowi grzybni.

- Nasilenie pojawu fuzarioz będzie znane dopiero przed zbiorami ziarna, niemniej już teraz należy monitorować ich wystąpienie i rozwój, gdyż z nimi wiąże się ryzyko obecności w plonie mikotoksyn – zauważa naukowiec.

Pisaliśmy o tym już wcześniej TUTAJ.

Generalnie na wystąpienie chorób w tym roku duży wpływ miały warunki pogodowe, podatność odmiany i żerowanie szkodników. Lokalnie, ale nie epidemicznie pojawiała się głownia guzowata kukurydzy. Jak dodaje specjalista, towarzyszyła ona jednak głównie roślinom silniej uszkodzonym przez ploniarkę zbożówkę, a w późniejszym czasie tym uszkodzonym przez gradobicia. Choroby liści (drobna i żółta plamistość liści, rdza kukurydzy) nie miały zbyt sprzyjających warunków do licznego rozwoju, stąd też zazwyczaj nie stanowiły większego problemu. Pojedyncze rośliny porażała także głownia pyląca kukurydzy, niemniej także nie stanowiła ona większego zagrożenia na obszarze kraju.

- W 2017 r. chłodna wiosna spowalniająca kiełkowanie i wschody roślin była czynnikiem współodpowiedzialnym za liczniejszy niż zwykle pojaw ploniarki zbożówki. Lokalnie zdarzało się, że larwy tego owada uszkadzały do 70 proc. roślin. Na szczęście uszkodzenia jakie owad ten powodował to głównie niewielkie nadżerki na blaszkach liściowych młodych roślin. Choć wzrósł odsetek roślin z objawami uszkodzenia stożka wzrostu (karłowacenie roślin i wybijanie pędów bocznych) to uszkodzenia te nie pojawiały się licznie, stąd nie miały aż tak dużego wpływu na plon. Problemem jednak okazało się to, że na polach na których ploniarka liczniej się pojawiła i które w dodatku zawierały (w glebie, na resztkach pożniwnych) materiał infekcyjny głowni guzowatej to na takich stanowiskach liczniej pojawiła się pierwsza generacja tej choroby. Obok ploniarki zbożówki lokalnie pojawiała się także w tym samym czasie ploniarka gnijka, której żerowanie prowadziło do uszkodzenia liści (tworzą szablasty nibypęd), a następnie ich przełamywania się i gnicia – przypomina prof. Bereś.