– Kwestia różnicy cen ma na pewno znaczenie dla regionu południowowschodniego. Import nie jest tak duży jak kiedyś, ale setki tysięcy ton które wjeżdżają, część z nich zostaje na tamtym terenie. Tańsze zboża z Ukrainy powodują, że konkurencyjność cen polskich rolników maleje i wymusza zaniżanie cen – wyjaśnił.

>>> Czytaj też: Groźny import zbóż z Ukrainy, czy nadprodukcja i brak zorganizowania polskich rolników? 

Jego zdaniem, konkurencyjność ukraińskich zbóż wzmacnia dodatkowo w Polsce Wschodniej odległość geograficzna od centrum Polski, od portów i niemieckiej granicy. To ma związek z kosztami transportu, każdy kilometr w Polsce kosztuje. Ukraińskie zboże też oczywiście ponosi koszt transportu, ale startuje z niższego pułapu. – Sam fakt konkurencyjności, podaży i popytu, powoduje, że w południowej Polsce te zboża muszą być tańsze, nie tylko zboża, także rzepak i kukurydza – powiedział Farmerowi .

Mładanowicz zauważa, że dziś pszenica wysokojakościowa jest na Ukrainie nawet droższa niż w Polsce, ale zboża paszowe, jęczmień czy pszenica o niższych parametrach też trafia do Polski. Z powodu suszy we Francji i małej ilości pszenicy konsumpcyjnej na rynku, Ukraina dużo pszenicy sprzedaje na rynek afrykański i do Egiptu, tranportowana przez morze Czarne. Przez Polskę mało przejeżdża zboża w drodze na dalsze rynki. Z tego powodu, średnia cena pszenicy jest w zapytaniach ofertowych w tym sezonie wyższa niż obowiązuje w Polsce.

– We wcześniejszych latach ten przepływ sięgał dwóch milionów ton, a w 2016 roku to było ok 900 tys. ton. To nie jest duża ilość, ale to wynika właśnie też z eksportu na rynki afrykańskie. Ukraina zyskała na słabszych o 30 proc. zbiorach we Francji - wyjaśnił. 

Nasz przemysł paszowy może oczekiwać wzrostu importu kukurydzy, ale to jest kwestia też relacji walutowej. – W Polsce też mamy dość dużo kukurydzy, zbiory były dość dobre, relacja popytowo-podażowa nie zapowiada drastycznej zwyżki cenowej. A mamy jeszcze ptasią grypę i strefy kwarantanny, które mogą zmniejszyć zakupy na rynku – powiedział Mładanowicz.

Głównym zarzutem Mładanowicza nie jest cena zboża zza wschodniej granicy. – Skupiłbym się na pestycydach i GMO, które są zakazane w Unii Europejskiej, a dozwolone na Ukrainie – powiedział prezes Krajowej Federacji Producentów Zbóż. Jego zdaniem pod tym kątem nikt nie bada importowanego zboża. – To nie tylko kukurydza, Ukraina uprawia pszenicę genetycznie modyfikowaną, rzepak. Ukraińskie prawo na to zezwala. Natomiast Polska nie kontroluje zboża pod tym kątem, czy to są nasiona modyfikowane, czy nie – podkreślił Mładanowicz.

Do Polski można obecnie sprowadzać jedynie soję modyfikowaną genetycznie, wszystkie inne uprawy GMO są zakazane, ale zdaniem eksperta – wjeżdżają po cichu do Polski, bo nikt tego nie bada.

 

Podobał się artykuł? Podziel się!