Jestem zdecydowanym zwolennikiem przyorywania słomy, a nie sprzedawania jej za bezcen. Bardzo często pojawiają się przedsiębiorcy, którzy za tonę suchej słomy są skłonni zapłacić tylko 50 zł, co przy plonie 4–5 t z hektara daje 200–250 zł. Od tego trzeba najczęściej odjąć jeszcze koszty sprasowania słomy, jej transportu do miejsca przechowywania, zabezpieczenia przed deszczem i śniegiem, a wreszcie dostarczenia do odbiorcy. Do tego dochodzą kłopoty z dowiezieniem słomy podczas zimy, a umowy wyraźnie wskazują, że to odbiorca wyznacza termin odbioru, którego trzeba dotrzymać. Słoma musi mieć także niską, kilkunastoprocentową wilgotność, dlatego trzeba dołożyć wszelkich starań, aby nie zamokła podczas przechowywania, bo inaczej jest problem – słomę należy wysuszyć. Dlatego uważam, że przy takich warunkach „współpracy” lepiej jest słomę wykorzystać jako wartościowy nawóz. Dostarcza ona nie tylko wielu składników pokarmowych, ale jest także cennym źródłem substancji organicznej, z której powstaje później próchnica.

Nawożenie słomą może być stosowane pod wszystkie rośliny i na wszystkich glebach, z wyjątkiem gleb zakwaszonych o małej aktywności biologicznej. W tych warunkach dochodzi do silnego rozwoju grzybów, co zmienia kierunek rozkładu materii organicznej. Mogą wtedy powstawać związki, które działają toksycznie na rośliny.

Najlepiej krótko

Przede wszystkim słoma musi być dobrze pocięta i równomiernie rozrzucona po polu. Długość kawałków słomy powinna wynosić ok. 7 cm. Najlepiej jest wykonać cięcie podczas zbioru przez kombajn wyposażony w szarpacz słomy. Zwykle urządzenia te dobrze sobie radzą z rozdrabnianiem, gorzej przedstawia się sprawa z równomiernym rozrzucaniem słomy po polu. Jeśli nie została ona pocięta podczas zbioru, trzeba to zrobić, stosując różnego rodzaju rozdrabniacze, pamiętając przy tym, aby ciąć ją także na jak najkrótsze fragmenty.