Po raz pierwszy sprawa trafiła do sądu ponad sześć lat temu. Od tego czasu zapadły dwa różne wyroki białostockiego sądu rejonowego - pierwszy skazujący, drugi uniewinniający, ale oba były uchylane w postępowaniu odwoławczym.

Prezesa spółdzielni mleczarskiej w Mońkach prokuratura oskarża o przyjęcie nie mniej niż 347 tys. zł łapówek w związku z inwestycjami w tej spółdzielni. Według aktu oskarżenia, miał on od maja 2002 r. do listopada 2004 r. dostawać 10 proc. wartości opłaconych prac budowlanych od każdej faktury wystawionej firmie biznesmena, która wygrywała przetargi w spółdzielni. Jednorazowo miały to być kwoty od kilku, do kilkunastu tysięcy złotych.

Na ławie oskarżonych zasiada również inspektor nadzoru inwestorskiego w spółdzielni, któremu śledczy zarzucają, że miał pośredniczyć w przekazywaniu pieniędzy przez przedsiębiorcę - głównego świadka oskarżenia, za co sam też miał dostawać łapówki.

Obaj oskarżeni w tej sprawie od początku nie przyznają się. Twierdzą, że są pomawiani przez przedsiębiorcę. W piątek przed sądem oskarżony prezes spółdzielni mówił m.in., że przedsiębiorca kłamał, a powodem - jak powiedział - fałszywego doniesienia do prokuratury, była zemsta.

Według niego, chodziło o to, iż przedsiębiorca chciał zwiększenia wartości umowy na budowę dojrzewalni serów w spółdzielni, bo podrożały materiały budowlane, na co spółdzielnia nie wyraziła zgody. Do tego zatrzymała 80 tys. zł kaucji, bo wykonawca nie chciał robót dokończyć i musiał to zrobić inny wykonawca.

Zarzucił też przedsiębiorcy, że ten chciał dodatkowych blisko 180 tys. zł za - jak to określił oskarżony - "fikcyjne roboty". Biznesmen miał wówczas grozić, że jeśli nie dostanie więcej pieniędzy, powiadomi prokuraturę, iż wręczał łapówki.

Sąd rozpoczął przesłuchania świadków.