Na fermie w Prusinowicach (woj. mazowieckie), należącej do Stanisława Siemka, jak dotąd nie wystąpiły żadne poważniejsze choroby. Rolnik wierzy, że lata doświadczeń i rzetelnie stosowana profilaktyka uchronią jego stado przed epidemią.  W grupie, ale na swoim Już po dwóch latach pracy w Spółdzielni Kółek Rolniczych Świercze, Stanisław Siemke doszedł do wniosku, że chciałby pracować w firmie dającej mu większą samodzielność i możliwości rozwoju. Wówczas nie stać go jednak było na prywatne przedsiębiorstwo. Namówił dwóch kolegów z pracy i wspólnie założyli zespół drobiarski.

– Każdy z nas wybudował i prowadził własny kurnik, ale razem kupowaliśmy pasze i inne środki produkcji, razem organizowaliśmy zbyt. Jako grupa łatwiej uzyskiwaliśmy kredyty inwestycyjne – mówi pan Stanisław.

Dlaczego wybrali właśnie drób? Pomysłem zaraził pana Stanisława kolega z Żuromina, który był już wówczas doświadczonym producentem. I tak, na wydzierżawionych od państwa 10 hektarach, w ciągu jednego roku powstały 3 nowe kurniki i pojawiły się pierwsze stada drobiu. –  W 1980 roku zaczęliśmy od produkcji jaj spożywczych – opowiada gospodarz. - Obsada w 3 kurnikach wynosiła  27 tysięcy sztuk. Kury trzymane były na podłożu ściółkowym.

Taką produkcję prowadzono do 1986 roku. Nie były to najłatwiejsze czasy. Problem stanowiło m.in. zaopatrzenie  w pasze  - zarówno pod względem ilościowym, jak i jakościowym. Na rynku nie było mieszalni pasz przygotowanych na tak duże, stałe zamówienia. Stąd nasi hodowcy dzierżawili ziemię i w znacznym stopniu sami uprawiali zboża na pasze.

- „Bywały dni, kiedy nie byliśmy pewni, czy kury będą miały co jeść – przyznaje gospodarz. – Nie znaleźliśmy w tamtych latach firmy, która byłaby w stanie dostarczać na stałe pasze odpowiedniej jakości. Dzisiaj nie mam takich problemów.   Nowa produkcja, nowe wyzwania Po spłaceniu bankowych kredytów panowie postanowili rozwiązać spółkę i pracować na własny rachunek. Kolegom pana Stanisława niestety nie sprzyjało szczęście i zrezygnowali z produkcji drobiarskiej. 

Stanisław Siemek postanowił natomiast spróbować trudniejszej, ale bardziej opłacalnej produkcji. Od kilku lat prowadzi stado reprodukcyjne i sprzedaje jaja wylęgowe. – Podstawowa trudność polega na tym, że są to rasy mięsne, mające genetyczne tendencje do tuczenia się. My musimy natomiast zadbać o to, aby się nie zatuczyły, a znosiły jajka – opowiada rolnik. Problemem jest również zapewnienie właściwego krycia i odpowiedniej wylęgowości – zgodnie z zawartą umową zapłodnienie jaj musi wynosić co najmniej 95 proc. Poniżej tej wielkości odbiorca nalicza kary. 

Jeden cykl tego typu produkcji trwa 8 miesięcy. Na fermę trafiają jednodniowe kurczęta, które odchowywane są przez pół roku, kiedy to zaczynają znosić pierwsze jaja. – Sprowadzamy jednodniowe kurczęta, ponieważ stosujemy bardzo rygorystyczny system szczepień i chcemy od samego początku wykonywać je u nas – podkreśla gospodarz. W sumie jest 18 szczepień, które nadzoruje lekarz weterynarii. Po ich zakończeniu wykonywany jest monitoring stwierdzający, czy i na ile zwierzęta zostały uodpornione na poszczególne choroby. Nadal chorobą, której najbardziej obawiają się właściciele ferm jest kolibakterioza i salmonelloza. Na szczęście w kurniku pana Stanisława jak dotąd szczepienia są na tyle skuteczne, że problemy zdrowotne nie wystąpiły. Jedynym problemem jest koszt szczepień. Zaszczepienie jednego rzutu kurcząt, to 27 tys. zł.

Ważne jest też stosowanie profesjonalnie sporządzanych pasz. Gotowe mieszanki, dostosowane do charakteru produkcji,  przygotowuje wyspecjalizowana wytwórnia pasz na podstawie indywidualnej receptury. Różnice dotyczą głównie białka i składników mineralnych. Kurczęta do 8 tygodnia karmione są paszą wysokobiałkową (17–18 proc. zawartości białka), po tym czasie ilość białka jest obniżana do 15-16 proc. Od 22 tygodnia zawartość białka podnosi się do 17 proc. i dochodzą składniki mineralne, które przede wszystkim wpływają na budowę skorupki jaj.Jaja odbierane są bezpośrednio przez stałego kontrahenta specjalistycznym transportem, a część nie spełniająca wymogów reprodukcyjnych trafia do pobliskiej cukierni.   Nie dajmy się zwariować Choć realne problemy na szczęście nie wystąpiły, to sama już wizja ptasiej grypy nieźle namieszała producentom drobiu. Czy słusznie? Stanisław Siemke jest przekonany, że wytrawnemu producentowi wystarczy jedno spojrzenie, by stwierdzić czy w stadzie dzieje się coś niedobrego. Podkreśla też, że polskie fermy od lat stosują zabezpieczenia, które do minimum ograniczają wystąpienie jakichkolwiek chorób.

 -Trzeba rozsądnie się zabezpieczać, ale nie można siać paniki – twierdzi z przekonaniem mój rozmówca. - Tracą na tym nasi hodowcy, a w konsekwencji cała gospodarka. Moim zdaniem są to straty niepotrzebne i niczym realnym nieuzasadnione. U nas kury przebywają stale w zamkniętym pomieszczeniu, do którego wchodzi się przez maty dezynfekujące, po założeniu ubrania ochronnego. Nikt obcy nie ma wstępu. Tak funkcjonuje większość kurzych ferm. Dlatego prawdopodobieństwo zarażenia ptaków jest stosunkowo niewielkie i o tym również społeczeństwo powinno wiedzieć. Za mało też mówi się, że zarazki ptasiej grypy ulegają zniszczeniu już w temperaturze 60 st. C. Zatem spożywanie gotowanego czy pieczonego drobiu jest bezpieczne. Takich informacji trafia jednak do konsumentów znacznie mniej niż tych o zagrożeniu. A przecież w ograniczonym zakresie ptasia grypa pojawia się w różnych miejscach globu (także w Europie) od ładnych kilku lat i jak dotąd do epidemii nie doszło… . W przypadku Stanisława Siemka ptasia grypa spowodowała spadek ceny jaj o ok. 5 groszy na sztuce. Obsada kurnika liczy obecnie 6 tys. kur i 800 kogutów. W czasie jednego rzutu, uzyskuje się średnio milion jaj, z czego 900 tys. jest reprodukcyjnych. Sprzedaż brojlerów spadła o  40 proc. a ich cena u okolicznych producentów spadła z 3 zł/kg do 2.20 zł/kg. 

Gospodarz zwraca też uwagę na fakt, że w naszym kraju bardzo trudno jest ubezpieczyć specjalistyczną produkcję drobiarką. Po długich poszukiwaniach znalazł ubezpieczyciela, który co prawda podpisał z nim umowę, ale obejmuje ona jedynie wartość mięsa, co w przypadku jego fermy stanowi 30 proc. wartości stada. Dopiero w ostatnich tygodniach udało mu się także zdobyć informacje (od wojewódzkiego lekarza weterynarii), czy i jakie procedury przyjęto w wypadku ewentualnego wystąpienia ptasiej grypy i konieczności likwidacji stada. 

Przejściowe trudności nie skłoniły Stanisława Siemka do zmiany profilu produkcji. Przeciwne. Planuje już budowę kolejnego kurnika. Uważa bowiem, że na dłuższą metę konsekwencja w działaniu zawsze się opłaca i nie można podejmować życiowych decyzji pod wpływem chwilowych emocji. Jest przekonany, że drobiarstwo ma w Polsce przyszłość.  

Źródło "Farmer" 23/2005

Podobał się artykuł? Podziel się!