Medialna wrzawa oraz niewiedza społeczeństwa nt. hodowli zwierząt futerkowych, powodują problemy ludzi związanych z tą branżą. Jednak czy zniszczenie tego sektora, jak twierdzą niektórzy, pomoże Polsce?


Poniżej publikujemy list otwarty prof. dr hab. Mariana Brzozowskiego z SGGW w Warszawie:

Nie rozumiem ...

(List otwarty do polityków, dziennikarzy i wszystkich tych, którym na sercu leży dobro Polski)
Żyjemy w systemie gospodarczym opartym na podstawach ekonomii. Ujmując rzecz w uproszczeniu, Państwu powinno zależeć na przedsiębiorcach, którzy dobrze gospodarują posiadanym majątkiem, wypracowują zyski i płacą podatki. Z tych źródeł Państwo ma możliwość finansowania tych swoich działań, które bezpośredniego przychodu nie generują, a są niezbędne dla całości funkcjonowania kraju.
W ostatnim okresie często słyszymy w mediach, w wypowiedziach polityków, a także w opiniach specjalistów, że świat przeżywa okres zahamowania rozwoju gospodarczego, w niektórych sytuacjach mowa jest wręcz o recesji. Wydawałoby się więc czymś naturalnym, a nawet pożądanym, aby w tej sytuacji wspierać te obszary gospodarki, które dobrze sobie radzą i tym samym zapewniają gospodarce kraju wzrost i rozwój. Media powinny wskazywać takie dziedziny, a politycy swoimi działaniami chronić je i wspierać.
Jest to proste, jasne, logiczne, każdy się z tym zgodzi.
Dlaczego w takim razie w Polsce na poparcie społeczne, które w znacznej mierze wynika z nastawienia mediów i polityków, ci, którzy przyczyniają się do stabilizacji gospodarczej i generowania przychodów budżetu kraju są zwalczani i z założenia traktowani jako obywatele drugiej kategorii?
Wręcz wzorcowym takim przykładem jest branża hodowli zwierząt futerkowych.
Jestem z wykształcenia zootechnikiem, pracuję w SGGW jako nauczyciel akademicki, od 2005 roku z tytułem profesora. Obszarem moich zainteresowań, zarówno dydaktycznych jak i naukowych, jest hodowla zwierząt futerkowych. Jestem związany z tym działem hodowli od ponad 35 lat, miałem więc możliwość obserwacji i zrozumienia branży futerkowej. Specyfika tej branży polega na tym, że hodowcy muszą wiedzieć, co jest aktualnie poszukiwane na rynkach światowych i błyskawicznie dostosować się do potrzeb rynku. Okazuje się, że polscy hodowcy doskonale to potrafią. Potrafiliśmy wykorzystać możliwości sprzedaży skór na rynkach światowych zarówno w czasach PRL, jak i obecnie, w okresie III RP. Polska zawsze należała do grona liczących się w świecie krajów - eksporterów skór futerkowych. Hodowla zwierząt futerkowych to dział rolnictwa, który zawsze mógł liczyć tylko na własną aktywność hodowców, dostosowując się do zmieniających się warunków i nie spodziewając się żadnych ulg ani specjalnego traktowania ze strony władz. Być może właśnie takie podejście spowodowało, że branża futerkowa ma mocne podstawy, jest oparta na nowoczesnych fermach będących własnością prywatną.
Hodowla zwierząt futerkowych jest więc stabilnym działem gospodarki, przynoszącym krajowi wymierne korzyści.
Z tytułu lokalizacji, fermy aktywizują obszary wiejskie, zapewniając zarówno miejsca pracy lokalnej społeczności jak i środki do budżetów samorządowych.
Warta zaznaczenia jest znacząca rola ferm jako ogniwa wykorzystującego uboczne produkty pochodzenia zwierzęcego, przede wszystkim z ubojni drobiu. Spożywamy w Polsce średnio około 25 kg mięsa drobiowego rocznie na głowę mieszkańca. Drugie tyle stanowią niejadalne produkty drobiowe, które trzeba zagospodarować: albo zutylizować, co wiąże się z dodatkowymi kosztami i podniesieniem ceny mięsa drobiowego, albo przeznaczyć na paszę dla zwierząt futerkowych, co pozwoli utrzymać niską cenę mięsa drobiowego.
W efekcie hodowla zwierząt futerkowych służy nam wszystkim: mamy tanie mięso drobiowe, chronimy środowisko (nie ma konieczności utylizacji ubocznych produktów pochodzenia zwierzęcego z ubojni drobiowych), a dodatkowo możemy uzyskać skóry futerkowe, będące wartościowym i poszukiwanym produktem eksportowym; o aktywizacji obszarów wiejskich wspomniałem uprzednio.
Czy w takiej sytuacji właściciele ferm, podejmujący i prowadzący kreatywne działania prorynkowe, przyczyniający się do rozwoju obszarów wiejskich i ochrony środowiska, nie powinni być traktowani jako przykład i wzór do naśladowania?
Tymczasem, jeśli w mediach pojawia się sprawa ferm futerkowych, to z reguły w świetle negatywnym, w kontekście konfliktu ze społecznością lokalną, z organizacjami ochrony przyrody, z organizacjami działającymi na rzecz praw zwierząt. Nie ma w tych relacjach miejsca na rzeczowe rozmowy, na argumenty. Chodzi w nich o emocje i one (i tylko one: im gwałtowniejsze, tym lepiej) są przedstawiane opinii publicznej.
A przecież zarówno w interesie hodowców jak i społeczeństwa lokalnego jest rozwój obszarów wiejskich, tworzenie nowych miejsc pracy, budowa infrastruktury w postaci dróg, sieci wodociągowej czy gazowej, czy dostępu do nowoczesnych mediów. Rozwój ferm takie działania umożliwia. Obszary wiejskie to obszary rolnicze, także dla lokalizowania tam hodowli zwierząt gospodarskich, a do tej grupy zaliczone są także i zwierzęta futerkowe.
Organizacje ochrony przyrody zarzucają fermom zagrożenie dla istniejących środowisk naturalnych oraz dla rodzimych gatunków zwierząt dzikich, w postaci zbiegłych z ferm zwierząt hodowlanych. A przecież nowoczesna ferma zwierząt futerkowych to obiekt, w którym hoduje się wyselekcjonowane zwierzęta, o utrwalonych cechach jakości okrywy włosowej, przekazujące te cenne cechy potomstwu. Każde stracone zwierzę to dotkliwa strata finansowa. Jaki interes miałby właściciel w utrzymywaniu ich w dziurawych klatkach, bez zabezpieczonego ogrodzeniem terenu, narażone na ucieczki? Czy po to hoduje się te zwierzęta?
Organizacje ochrony praw zwierząt zarzucają fermom maltretowanie i znęcania się nad zwierzętami. Jaki miałby być cel i sens takiego postępowania? Skóry zwierząt futerkowych to towar luksusowy pod jednym, podstawowym warunkiem: muszą one być doskonałej jakości. Czy da się uzyskać takie skóry przetrzymując zwierzęta w zardzewiałych, ciasnych klatkach? Stłoczone? Bez odpowiednio zbilansowanego żywienia?
Jeśli politycy mówią o branży futerkowej, to również najczęściej odnoszą się do odczuć obywateli, ich emocji, w najlepszym razie do sondaży, a z dostępnej wiedzy na temat zwierząt futerkowych korzystają w sposób wybiórczy, wybierając z niej (i interpretując) to, co jest w danej sytuacji przydatne.
Tak postrzegam m.in. przygotowywany przez Ministerstwo Środowiska jesienią 2013 roku projekt rozporządzenia „W sprawie listy roślin i zwierząt gatunków obcych, które w przypadku uwolnienia do środowiska przyrodniczego mogą zagrozić gatunkom rodzimym lub siedliskom naturalnym". Przecież w środowisku przyrodniczym Polski są obecne norki amerykańskie. Są one trwałym elementem tego środowiska, jak wynika ze wstępu do proponowanego rozporządzenia. Ministerstwo przyznaje więc, że w środowisku są norki jako trwały element, czyli nastąpiło wypracowanie równowagi międzygatunkowej, między gatunkami rodzimymi a obcymi. Jak w tej sytuacji mogą zagrozić środowisku w przypadku uwolnienia osobników gatunku, który jest w nim już trwale obecny? Ja tego nie rozumiem.
Mam również cały czas w pamięci artykuł z Gazety Wyborczej z października 2011 roku pt. „Miliard w norkach", gdzie przypisuje się fermom futerkowym najgorsze cechy, ale koronnym argumentem przeciwko fermom jest zawarty w tytule „miliard". Bo to jest zdaniem pp. Redaktorów największy skandal w Polsce, jeśli ktoś nie dość, że nie potrzebuje pomocy państwa, to jeszcze prowadzi z powodzeniem swoją działalność, przyczyniając się tym samym się do stabilizacji gospodarczej i rozwoju kraju.
Proszę, może ktoś mi wytłumaczy, dlaczego z taką zaciekłą konsekwencją podcina się gałąź, na której siedzimy, bo ja tego nie rozumiem...
Prof. dr hab. Marian Brzozowski, SGGW w Warszawie.

Podobał się artykuł? Podziel się!