Nikogo, a polskiego ministra rolnictwa zwłaszcza, nie powinno dziwić, że w naszym kraju, podobnie jak w wielu innych krajach Unii Europejskiej, rozwój chowu owiec jest w dużym stopniu uzależniony od państwowych dotacji. Przy takiej skali chowu owiec, jaka jest obecnie w Polsce, nie są to jakieś ogromne pieniądze, a korzyści dla rolników i regionów rolniczych mogą być bardzo duże. 

Bardzo szybka i nie do zatrzymania koncentracja chowu bydła mlecznego będzie powodować, że coraz więcej krów będzie w coraz mniejszej liczbie gospodarstw. Pozostaną więc niewykorzystane użytki zielone. Rozwój chowu bydła mięsnego na tych użytkach jest atrakcyjną propozycją, ale też skierowaną raczej do większych i dynamiczniejszych gospodarstw. Owce byłyby natomiast znacznie tańszym i łatwiejszym sposobem na zagospodarowanie użytków zielonych w mniejszych gospodarstwach. Mogą one zawsze mogą liczyć na sprzedaż jagniąt rzeźnych, bo nie zmieni się na nie popyt we Włoszech, Francji, Belgii czy Niemczech. Taniej lub drożej, zależnie od kursu złotówki, ale jagnięta się sprzeda, a gdy Polska znajdzie się w strefie euro, dochody będą na pewno bardziej ustabilizowane. W połączeniu z dotacjami, które są dozwolone i dopuszczalne w ramach przepisów unijnych, można by uzgodnić logiczne i zwarte formy wspierania owczarstwa.

Z żalem trzeba jednak zauważyć, że nie ma w kraju przekonującej dyskusji, która pozwoliłaby cele te osiągnąć. W różnych miejscach różne osoby zgłaszają różne wnioski, ale nic z tego nie wynika. Wszyscy powtarzają to samo: bez pomocy finansowej i nowego, sensownego programu hodowlanego nic w owczarstwie się nie zmieni. Brakuje jednak siły sprawczej, żeby na powtarzaniu się nie kończyło. Szkoda, że nie wykorzystaliśmy naszego wejścia do UE, gdzie doceniono znaczenie owiec dla obszarów wiejskich, i zgodziliśmy się na ich wyłączenie z ogólnego systemu wspierania rolnictwa. Dla naszego rządu był to problem marginalny, a po drugiej stronie zabrakło autorytetów, które by owce uratowały. 

Źródło: "Farmer" 17/2005