Pierwsze problemy pojawiły się w zeszłym tygodniu - wtedy ponad 1000 niemieckich farm dostało zakaz sprzedaży jajek po tym, jak wykryto w nich dioksyny (toksyczne związki chemiczne szkodliwe dla zdrowia - red.). W związku z tym rząd ogłosił specjalne obostrzenia dla producentów żywności na czas wyjaśniania sprawy i szukania ogniska zakażenia.

Organizacje ochrony konsumentów ostrzegają, że rakotwórcze dioksyny mogą być obecne nie tylko w jajach i mięsie, lecz także mleku, bo zanieczyszczonymi paszami karmiono również bydło.

Dotychczas jednak władze uspokajają, że stwierdzone w produktach spożywczych ilości szkodliwej substancji nie stanowią zagrożenia dla zdrowia ludzi. Według sondażu telewizji ARD 66 proc. Niemców nie uważa, że obecna afera dioksynowa wpłynie na ich przyzwyczajenia związane z konsumpcją.

Unia Europejska ostrzegła, że jajka skażone chemikaliami już znalazły się na terenie Wielkiej Brytanii. To z kolei spowodowało, że niektórzy importerzy niemieckiej żywności już wstrzymali zamówienia, zrobiła tak np. Korea Południowa.

Władze uspokajają, że farmy zamykane są tylko na wszelki wypadek. Środki ostrożności najbardziej dotknęły rolników w Dolnej Saksonii. Władze tego landu nakazały przejściowe wstrzymanie zbytu z aż 4468 gospodarstw. Prezes Niemieckiego Związku Rolników Gerd Sonnleitner szacuje, że w związku ze skandalem straty rolnictwa sięgają 40-60 mln euro tygodniowo. - Branża producentów pasz musi możliwie szybko ustanowić fundusz odszkodowawczy - oświadczył Sonnleitner.

W marcu 2010 roku podczas kontroli w firmie produkującej tłuszcze paszowe Harles und Jentzsch stwierdzono przynajmniej dwa razy wyższe niż dopuszczalne ilości dioksyn, lecz prywatne laboratorium, które przeprowadziło badania, nie poinformowało władz o ich wynikach. Tłuszcze te nie powinny być wykorzystane jako składnik pasz - powiedział rzecznik ministerstwa.

Prokuratura wszczęła dochodzenie przeciwko firmie Harles und Jentzsch.