Światowa Organizacja Zdrowia poinformowała o przypadku przejścia wirusa ptasiej grypy H5N1 z człowieka na człowieka w Pakistanie. Jest to kolejny groźny precedens, po Wietnamie, Kambodży i Indonezji. WHO zastrzega, że przypadek ten, podobnie jak poprzednie w innych krajach, nie stwarza groźby epidemii, ponieważ za każdym razem chodzi wyłącznie o przekazanie śmiertelnego zarazka między ludźmi tylko raz, a nie wielokrotnie. Jednak, zdaniem Niemiałtowskiego, takie zagrożenie może wystąpić.

Niektóre wirusy - tłumaczył mikrobiolog - tak jak wirus ospy ludzkiej (ospy czarnej), są stabilne genetycznie. Dlatego akcja szczepień na masową skalę przyniosła efekt, doprowadzając do eliminacji tej śmiertelnie niebezpiecznej choroby. Wirusy grypy nie należą jednak do stabilnych genetycznie.

"Jesteśmy zawsze o krok do tyłu. Ponosimy porażki, ponieważ zmiany w materiale genetycznym wirusa zachodzą bardzo szybko" - wyjaśnił Niemiałtowski. Właśnie z powodu tych szybkich zmian, szczepionki przeciwko grypie są tworzone na nowo w każdym sezonie zwiększonej zachorowalności i chronią przed kilkoma szczepami wirusa, najczęściej spotykanymi w poprzednich miesiącach. Nie ma szczepionki, która uodparniałaby na wszystkie szczepy wirusa grypy.

Wirus H5N1 nie wydaje się niebezpieczny, jeśli bierzemy pod uwagę liczbę przypadków zachorowań. Statystyka zgonów wśród chorych budzi jednak obawy. "W publikacji z +Science+ z 30 listopada 2007 r. ocenia się, że liczba zachorowań u ludzi od 2003 r. wyniosła ok. 340 przypadków. Ale niestety w tym było aż 208 przypadków śmiertelnych, co stanowi ok. 62 proc. przypadków śmiertelnych wśród zachorowań u ludzi" - powiedział mikrobiolog.

Przypomniał, że w latach 1918 - 1920 r., kiedy w Europie panowała grypa tzw. hiszpanka, zmarły dziesiątki milionów ludzi. Do tej pory nie wiadomo ile było ofiar tej choroby. Co do jednego naukowcy są jednak prawie pewni - wirus ten wcześniej atakował zwierzęta, przypuszczalnie ptaki. "Wirusy nie biorą się znikąd, ale krążą wśród zwierząt, zarówno dzikich, jak i domowych" - przypomniał Niemiałtowski.

Dodał, że zagrożenie można zdecydowanie zmniejszyć, przestrzegając najprostszych zasad higieny. "Tak lekceważone mycie rąk może uratować życie" - zaznaczył mikrobiolog. Higiena pomaga uchronić się nie tylko przed grypą, ale przed chorobami w ogóle, również tymi powodowanymi przez bakterie i inne pasożyty.

Na co dzień wystarczy mycie rąk oraz warzyw i owoców przed spożyciem na surowo, gotowanie mięsa i jajek. Natomiast w sytuacji poważnego zagrożenia, np. podczas epidemii, środki ostrożności powinny być zwiększone. Wtedy należy zwłaszcza unikać dużych skupisk ludzi. Bowiem właśnie wtedy najłatwiej zarazić się tymi wirusami, które, tak jak grypa, przenoszą się drogą kropelkową.

"Wystarczy stanąć na przystanku autobusowym w mroźny dzień i zobaczyć jak daleko para z naszego oddechu skrapla się w powietrzu przed naszymi ustami. I wtedy wyobraźmy sobie, że jedziemy autobusem, metrem czy jakimś innym środkiem lokomocji i pomiędzy pięćdziesięcioma pasażerami następuje +wymiana oddechów+, razem z czynnikiem zakaźnym" - podkreślił Niemiałtowski.

Zdaniem Niemiałtowskiego, o higienie trzeba pamiętać, natomiast nie należy przesadzać i próbować np. izolować dzieci od świata zewnętrznego. Takie działanie zamiast pomóc, może dzieciom zaszkodzić. "Nie dajmy się zwariować. Przede wszystkim trzeba normalnie żyć. Wszystko ma swoje miejsce i czas. Jeżeli jednak media podają, że pojawiło się zagrożenie, to trzeba zwiększyć, przynajmniej czasowo, środki ostrożności" - zaznaczył mikrobiolog.

Źródło: PAP