O anachroniczność obecnej struktury inspekcji weterynaryjnej mówiło się od dawna. Z jednej strony mamy podległy resortowi rolnictwa główny inspektorat, a z drugiej lekarzy wojewódzkich, którzy jak sama nazwa wskazuje wchodzą w skład zespolonej administracji wojewódzkiej.

Taka sytuacja to brak przejrzystości w podziale kompetencji oraz przy podejmowaniu decyzji. Ale przede wszystkim problemy w finansowaniu. Wojewoda do tej pory nie uregulował rachunków za zwalczanie zeszłorocznej epidemii ptasiej grypy w powiecie płockim i żuromińskim.

Tadeusz Jakubowski, prezes Krajowej Izby Lekarsko-Weterynaryjnej: - uważamy, że weterynaria powinna wyjść spod administracji zespolonej wojewody, że powinna być spontaniczna. Czyli Główny Lekarz Weterynarii powinien być przynajmniej na posadzie sekretarza bądź podsekretarza stanu. Powinien dysponować własnym budżetem.

Za podobnym rozwiązaniem opowiadają się także przedsiębiorcy z branży mięsnej. Dorzucają oni jeszcze jeden pomysł. Obecnie w średniej wielkości zakładzie mięsnym pracuje od 7 do 10 lekarzy weterynarii prywatnej praktyki. Wykonują oni prace zlecone przez inspekcje weterynaryjną, która od lat cierpi na braki kadrowe. Zdaniem przedsiębiorców należałoby to zmienić.

Witold Choiński, Izba Gospodarcza „Polskie Mięso”: - w Unii Europejskiej, w wielu krajach, w tej chwili zmienia się ta tendencja, zastępując lekarzy weterynarii - technikami. Co jednocześnie obniża koszty funkcjonowania zakładu.

W resorcie rolnictwa powstaną teraz dwa zespoły, które będą pracować nad konkretnymi projektami ustaw reformujących inspekcje weterynaryjną.

Źródło: Witold Katner/Agrobiznes

Podobał się artykuł? Podziel się!