Paweł Baliński z Witoni w województwie łódzkim postawił na tucz świń w cyklu otwartym. Swój interes prowadzi od dziesięciu lat. Jak mówi, na początku nie było łatwo, zwłaszcza, że przy rozkręcaniu produkcji rozpoczął chów tuczników w cyklu zamkniętym.

NIE DLA KAŻDEGO CYKL ZAMKNIĘTY
W 2002 r. stado loch liczyło 50 szt., a po roku już 120 szt. Mimo tego, że właścicielowi w prowadzeniu stada i w kierowaniu rozrodem pomagał kuzyn, który w swoim gospodarstwie posiadał kilka macior, to jednak nie pozwoliło im to na prawidłowe prowadzenie grup technologicznych w chlewni. Wraz ze zwiększającą się liczbą macior, coraz trudniej było zsynchronizować stado. Najwięcej kłopotów sprawiało rozregulowanie grup loch, które z każdym kolejnym miotem coraz częściej prosiły się w różnych terminach. Brak synchronizacji w grupie loch prośnych powodował niekorzystne konsekwencje dla całego obrotu stadem. Różne terminy porodów nie pozwalały na uzyskanie równych grup tuczników, które mogłyby zostać później z zyskiem sprzedane. Po kilku latach produkcji w cyklu zamkniętym pan Paweł postanowił zmienić technikę produkcji, gdyż z roku na rok generowała ona coraz większe, rozproszone w czasie koszty bez istotnych zysków. Porodówki zostały zlikwidowane i przerobione na kojce do tuczu. Cała produkcja miała się opierać na prosiętach z zakupu o pewnej i sprawdzonej genetyce.

- Po kilku próbach zakupu polskich prosiąt, mimo dobrych chęci i przywiązania do krajowych producentów, postanowiłem z nich zrezygnować i postawić na sprawdzony, duński materiał hodowlany. Dodatkowym minusem, oprócz różnej jakości krajowych prosiąt, było ich duże niewyrównanie wagowe na starcie. Kolejny fakt, który zniechęca do zakupu polskich prosiąt, to problem związany z zakupem całej partii od jednego hodowcy. Mało kto w naszym kraju jest w stanie dostarczać systematycznie rolnikowi duże partie prosiąt. Mimo, że płacę za importowane zwierzęta wyższą cenę niż w kraju, to na dłuższą metę takie postępowanie mi się bardziej opłaca, bo dostaję pewny towar o dobrej genetyce, oszczędzam czas i nie narażam zwierząt na różne choroby, którymi mogłyby zarazić się nawzajem od siebie przy docelowym łączeniu partii z różnych źródeł w chlewni. Dzięki tym czynnikom, ograniczam w dużym stopniu ryzyko niepowodzenia tuczu - tłumaczy producent.