Będąc w Wielkopolsce, wracam do gospodarstwa, które dwa lata temu odwiedziłam.

Wówczas powodem była dramatyczna sytuacja producentów prosiąt z Małachowa. Agnieszka i Alfred Ciszewiczowie stracili wtedy sporą część swoich odbiorców prosiąt, przegrywając w walce o klienta z importowanymi zwierzętami. Sprawdzam więc, jak radzą sobie dzisiaj. Czy pozostali przy swojej produkcji oraz czy w tej produkcji widzą swój pomysł na przyszłość?

Chcą produkować i liczą na wsparcie

Od progu wita mnie pani Agnieszka.

Pierwsze jej słowa - jeszcze mamy prosiaki.

Później do rozmowy przyłącza się pan Alfred - jakoś przetrwaliśmy te dwa lata, nie było łatwo. W naszej okolicy już prawie nikt nie trzyma świń. Sama jednak widzę od razu, że biznes się kręci.

Klienci dzwonią do pani Agnieszki z pytaniami o cenę. W domu Ciszewiczowie stworzyli profesjonalne biuro, w którym można prowadzić interesy, doradzić klientowi i porozmawiać o problemach.

Ponad 16 lat temu Agnieszka i Alfred zaczęli zajmować się produkcją świń.

Systematycznie modernizowali stare budynki inwentarskie. W odchowalni prosiąt zmienili system utrzymania ze ściołowego na rusztowy. Przeszli też przez depopulację stada. Chcieli zacząć od nowa z czystą historią zdrowotną stada.

Udało się i zasiedlili budynki loszkami Hypor. Przez te lata, sami uczyli się prowadzenia stada i przygotowania pasz. - Mamy wykształcenie rolnicze, ale w praktyce wszystkiego uczyliśmy się od nowa - dodaje pan Alfred. Na pewno nie udałoby im się przetrwać, gdyby nie zamiłowanie do tej pracy i fakt, że po prostu kochają zwierzęta.

Teraz myślą o przyszłości. - Nie mamy tuczu. Jedynie w sytuacjach awaryjnych możemy utrzymać 50-100 szt. tucznika, gdy zostaje nam nadwyżka prosiąt.

W miarę możliwości przez lata dostosowywaliśmy budynki do produkcji i jak największej liczby prosiąt. Niestety, zabudowania są stare, a bliskie sąsiedztwo działek nie pozwala na dobudowę nowych budynków na naszym terenie - tłumaczy pan Alfred Ciszewicz. Niestety, na swojej działce nie mają możliwości rozbudowy gospodarstwa. Dlatego ich produkcja kończy się na prosiętach.

W ciągu roku są w stanie sprzedać ponad dwa tysiące prosiąt.

Małżeństwo w rozmowie mówi zgodnie, że gdyby pojawiła się jakakolwiek forma wsparcia dla gospodarstw produkujących trzodę chlewną ze strony rządu, to nie zastanawialiby się długo, aby rozpocząć inwestycje. Tym bardziej że jedno z ich dzieci w przyszłości chciałoby kontynuować pracę rodziców.