Po trzech latach prowadzenia produkcji w cyklu zamkniętym przy 120 lochach, rozpoczęły się kłopoty z rozrodem. Najwięcej problemów stwarzała synchronizacja porodów w grupach loch. Mimo tego, że właścicielowi w prowadzeniu stada i w kierowaniu rozrodem pomagał kuzyn, który w swoim gospodarstwie posiadał kilka macior, to nie pozwoliło im to na uzyskanie zysków z produkcji.

- Po kilku latach postanowiłem zmienić technikę produkcji, gdyż z roku na rok moje stado generowało coraz większe, rozproszone w czasie koszty bez istotnych przychodów. Porodówki zostały zlikwidowane i przerobione na kojce do tuczu – tłumaczy Paweł Baliński.

Na początku producent postanowił postawić na prosięta z polskiej hodowli, jednak ciężko było uzyskać duże, regularne  dostawy  od jednego hodowcy, dlatego pan Paweł zaczął szukać współpracowników poza granicami kraju.

Po kilku próbach zakupu polskich prosiąt mimo dobrych chęci i przywiązania do krajowych producentów, postanowiłem z nich zrezygnować i postawić na sprawdzony, duński materiał hodowlany. Dodatkowym minusem mimo różnej jakości krajowych prosiąt, było ich duże niewyrównanie wagowe. Kolejny fakt, który zniechęcał mnie do zakupu polskich prosiąt, to problem związany z zakupem całej partii od jednego hodowcy – mówi Paweł Baliński.

Wychodzi na to, że mało kto w naszym kraju jest w stanie dostarczać systematycznie rolnikowi duże ilości prosiąt.

- Mimo, że płacę za zwierzęta wyższą cenę niż w kraju to w praktyce takie postępowanie mi się opłaca, bo dostaję: pewny towar o dobrej genetyce, oszczędzam czas i nie narażam zwierząt na różne choroby, którymi mogłyby zarazić się nawzajem od siebie przy docelowym łączeniu partii z różnych źródeł w chlewni. W ten sposób ograniczam w dużym stopniu ryzyko niepowodzenia tuczu – podkreśla producent. Podobał się artykuł? Podziel się!