Cały konflikt dotyczy rozporządzenia ministra rolnictwa, w którym obniżono minimalne wynagrodzenie lekarzy weterynarii między innymi za szczepienia zwierząt i wydawania świadectw zdrowia. W odpowiedzi weterynarze uznali, że za takie pieniądze pracować nie będą. W praktyce może to oznaczać paraliż handlu mięsem. Może, ale nie musi.

Po pierwsze w branży mięsnej nikt nie dowierza, aby groźby weterynarzy zostały wprowadzone w życie. „Na pewno się dogadają. Wiem, że już trwają rozmowy na ten temat między weterynarzami a ministrem rolnictwa" - mówi Janusz Rodziewicz ze Stowarzyszenie Rzeźników i Wędliniarzy RP.

Po drugie przedsiębiorcy - już anonimowo - zwracają uwagę, że strajk weterynarzy może sparaliżować sprzedaż krajowych zwierząt do zakładów mięsnych. Ale wcale nie musi to oznaczać, że zakłady mięsne przestaną produkować. W sytuacji ograniczenia podaży krajowego surowca półtusze kupi się po prostu za granicą. W efekcie strajk uderzy w rolników i pogłębi i tak już duży deficyty w handlu mięsem.

Jest jeszcze jedna możliwość rozwiązania konfliktu. Wprawdzie ostateczna i bardzo radykalna, ale prawnie dozwolona. Artykuł 18 ustawy o inspekcji weterynaryjnej stwierdza bowiem, że lekarzom weterynarii można nakazać wykonywanie określonych czynności w drodze decyzji administracyjnej. Lekarz weterynarii może za wynagrodzeniem na 3 miesiące „pójść w kamasze", ale tylko „ w przypadku zagrożenia epizootycznego lub zagrożenia bezpieczeństwa produktów pochodzenia zwierzęcego lub w przypadku, gdy jest to niezbędne ze względu na ochronę zdrowia publicznego albo dla zabezpieczenia gospodarki narodowej przed poważnymi stratami".

Kolejna tura negocjacji między lekarzami weterynarii a Ministerstwem Rolnictwa już jutro.

Podobał się artykuł? Podziel się!