Aby była utrzymywana nie tylko przed zakupem sprzętu, ale i później, warto dokładnie dogadać szczegóły transakcji, a najlepiej je zapisać. Kupując miniładowarkę za ponad 100 tys. zł, Dariusz Szyszkowski z Przewłoki koło Parczewa liczył na długie lata jej bezproblemowego użytkowania. Prowadzi gospodarstwo w którym utrzymywane jest kilkadziesiąt sztuk bydła opasowego. W niewielkich budynkach inwentarskich taka maszyna to idealne rozwiązanie m.in. do usuwania obornika. Zaczęło się dobrze, jednak po ponad dwóch latach użytkowania maszyny Szyszkowski załamuje ręce, bo różnego rodzaju awarie towarzyszą jej od niemal roku. Czarę goryczy przechyla fakt, że na zakup maszyny zaciągnął kredyt na 15 lat.

Pierwszym problemem w miniładowarce Multione Agrione A600D kupionej w sierpniu 2009 r., było szybkie zużycie się elementów ślizgowych wysięgnika. W tym czasie pojawiło się też coś innego – Niemal od początku przy jednym z silników hydrostatycznych napędzających koło dało się słyszeć piski. Zgłosiłem to sprzedawcy, prosiłem żeby coś z tym zrobili. Przyjechał serwis. Tłumaczono mi że dźwięki wydaje hamulec. Po roku użytkowania, kiedy gwarancja się już skończyła, silnik przestał działać. Na własny koszt zawiozłem go do remontu. Całe szczęście, że usterka była naprawialna. Udało się zregenerować uszczelnienie, za co zapłaciłem 600 zł – wyjaśnia rolnik.

Wszystko mogłoby wyglądać inaczej gdyby nie zerwany jeszcze podczas gwarancji kontakt między rolnikiem, a sprzedawcą – firmą Master z Białej Podlaskiej. Szyszkowski mówi, że kontakt się urwał po tym jak przywieziono mu komplet większych kół. – Kiedy kupiłem maszynę koła miała małe jak w wózku widłowym. Nie dało się na nich jeździć, bo byle większa koleina, grzebniecie kołem i maszyna stała – opowiada rolnik. – Miałem prawo wyboru kół, które miały być w cenie. Później ono zniknęło. Zaoferowano mi koła w cenie 500 zł za sztukę. Do tego konieczne było zastosowanie dystansów. Za każdy, oryginalny dystans (cztery sztuki) zażyczyli sobie 500 zł. To są już nie małe pieniądze. Dlatego dystanse dorobiliśmy sami, a kiedy przywieźli mi te koła, oddałem mu te które miałem oryginalnie założone i nie zapłaciłem za przywiezione, bo miały być w cenie maszyny – tłumaczy. Inne zdanie ma na ten temat Antoni Płodowski z firmy Master. – Pan Szyszkowski nie jest do końca z nami rozliczony. Robiliśmy mu serwis. Pan Darek przedobrzył moją cierpliwość i wytrzymałość bo myśmy chcieli z nim współpracować. Maszynę do niego przywieźliśmy, obsługa przyjeżdżała, tak samo jak do każdego klienta. Ale za to trzeba było zapłacić. Nie pozostawiam klientów samym sobie, nie mam ich aż tak dużo. Zależy mi na dobrej opinii. Ale nie jestem też instytucją charytatywną, żeby dawać coś za darmo.