Czas pokaże, bo prognoza cen zawsze jest obarczona dużym ryzykiem. A nie od dziś wiadomo, że podczas zbiorów, kiedy mamy do czynienia z dużą podażą ziarna, ceny te spadają. Po pierwsze z tego względu, że np. żniwa w regionach na południe od nas zaczynają się wcześniej, a po drugie, że deficyt, który mamy na przednówku, zostaje wreszcie uzupełniony. W tym roku ten deficyt według prognoz i analiz może okazać się wyjątkowo dotkliwy. W połowie czerwca już pojawiła się informacja, że z powodu rekordowego eksportu surowców rolnych ziarna może zabraknąć i możliwe, że Polska będzie zmuszona importować je po jeszcze wyższej cenie, niż sama je wcześniej sprzedała. Przypominamy, że eksport po bardzo dobrym sezonie 2019/2020, w którym wyniósł wówczas ponad 6,93 mln t zbóż, w sezonie 2020/2021 prognozowany był na jeszcze wyższy. Przewidywano, że na koniec sezonu, czyli pod koniec czerwca, Polska wyeksportuje ponad 9 mln t (w okresie tylko od lipca do marca kraj opuściło 7,2 mln t ziarna).

Co wpływało na tak wysokie wzrosty eksportu? Na pewno wysokie ceny surowców i duży popyt na nie. Przypominamy, że płody rolne drożały na rynkach światowych od ubiegłego roku, ale to marzec przyniósł znaczną dynamikę tych zwyżek. Za wzrostem cen przemawiało wiele czynników, były to m.in.: wysokie zapotrzebowanie na zboża paszowe, obawa o niekorzystny wpływ warunków pogodowych (przymrozki w Stanach Zjednoczonych, susza w Brazylii), a tym samym obawa o wysokość zbiorów. Później susza w USA, ale też wiele z prognoz długoterminowych mówiło o suchym lecie (czerwiec-sierpień) na zachodzie Europy i w północnej części Stanów czy w Kanadzie. Również w wypadku Polski mimo dobrze zapowiadających się plonów zbóż ozimych i rzepaku pogoda, a konkretnie susza, mogła te zbiory pokrzyżować. Nie można jednak zapominać o tym, że największy wpływ na rynek miał wysoki popyt ze strony Chin, które odbudowują pogłowie trzody chlewnej. W branży pojawiały się głosy, że Chiny mogą importować rekordowe 10 mln t pszenicy i 24 mln t kukurydzy. Nie bez znaczenia dla sytuacji na rynkach surowców rolnych był też czynnik spekulacyjny, który w ostatnich latach odgrywał znaczącą rolę w kształtowaniu cen.

Nikt jednak nie spodziewał się, że ceny podskoczą tak drastycznie. I jeszcze pod koniec lutego rolnicy mogli np. zawrzeć umowy handlowe na rzepak pod zbiory roku 2021 na ceny ok. 1800 zł/t netto. Ale już w pierwszej dekadzie marca te ceny gwałtownie wzrosły i na wolnym rynku można było sprzedać rzepak po 2500 zł/t. Automatycznie podskoczyły też wartości umów terminowych i w maju sięgały nawet 2400 zł/t netto (dostawa wrześniowa). W wypadku zbóż ceny również wzrosły. Na przykład w czerwcu pszenica konsumpcyjna w skupach kosztowała ok. 960 zł/t netto, a w umowach handlowych na nowe zbiory jej wartość sięgała 820 zł. Dlatego w naszej sondzie na farmer.pl zapytaliśmy o podpisywanie w tym roku umów terminowych. Okazuje się, że blisko 65 proc. głosujących nie zdecydowało się podpisać umowy kontraktacyjnej i zamierza sprzedać surowce rolne na wolnym rynku, licząc, że ceny będą w tym roku wysokie. Czy tak będzie, czas pokaże. 

Łukasz Pergoł, rolnik z województwa warmińsko-mazurskiego i prezes stowarzyszenia Partia Twiterowych Rolników – PTR

Od wielu lat obserwujemy wahania na rynku zbóż, ale również i rzepaku. W tym roku są one korzystne dla rolników, ale w kolejnym mogą być znacznie niższe. Nie ma złotego środka na sprzedaż płodów rolnych. Kontraktacja czasem się opłaci, bo po zbiorach ceny spadają. W tym roku zakontraktowałem 100 t rzepaku po 1980 zł. Można powiedzieć, że przegrałem, bo w czerwcu ceny osiągały w kontraktach terminowych z odbiorem na wrzesień-październik ok. 2300 zł/t netto. Planuję podpisać jeszcze umowę na ok. 200 t pszenicy, aby spłacić zobowiązania bieżące. Resztę będę magazynować i obserwować rynek.
Uważam, że dobrym rozwiązaniem, które pozwala zminimalizować ryzyko, jest kontraktacja ok. 25 proc. płodów rolnych. Następnie trzeba obserwować rynek w żniwa, sprzedać wówczas – o ile nie dysponuje się bazą przechowalniczą – ok. 10 proc., a resztę ziarna magazynować.

Taki jest plan na ten rok. Jesień podpowie nam, co robić na przyszły. Praca pod chmurą, kapitał spekulacyjny oraz Zielony Ład, który zbliża się wielkimi krokami, zwiększają jeszcze bardziej nerwowość na rynkach i brak stabilizacji – nie dają rolnikom spać spokojnie. Czy jest na to remedium? Niestety, nie widzę takiego rozwiązania. Minimalizować stres możemy poprzez korzystanie z analiz zewnętrznych, śledzić giełdy, w erze powszechnej cyfryzacji i smartfonów możemy szybko sprzedać.

Adam Stępień, dyrektor Polskiego Stowarzyszenia Producentów Oleju

Umowy terminowe miały w swoim założeniu eliminować praktycznie od zawsze towarzyszący rolnictwu problem niepewności opłacalności produkcji, zmniejszając ryzyko gorszej bieżącej koniunktury podczas zbiorów w stosunku do zakładanego przychodu z produkcji, jaki dać ma pozytywny wynik finansowy w gospodarstwie. Sytuacja na rynku rzepaku w porównaniu do wielu innych rynków rolnych i tak od wielu już lat, dzięki dużemu popytowi na olej ze strony sektora biopaliw, można powiedzieć była dość komfortowa dla rolników, ponieważ nie muszą się oni martwić o godziwy zbyt. To trudna i wrażliwa uprawa generująca stosowne koszty, a dzięki umowom terminowym rolnik nie inwestuje w ciemno. Choć trzeba podkreślić, akurat dla rzepaku ryzyko cenowe nie jest takie duże, jak w przypadku zbóż czy produkcji zwierzęcej. Pamiętać jednak należy, że umowa terminowa to nie tylko kwestia komfortu producenta, lecz także bezpieczeństwo dostaw, jakie powinien zapewnić sobie przetwórca, aby mógł efektywnie uczestniczyć w całym łańcuchu dostaw. Tłocznie mają swoje zobowiązania, które również obarczone są stosownymi umowami. Jeśli występują trudne sytuacje rynkowe, to należy próbować obopólnie je rozwiązać, zwłaszcza że często pracujemy wspólnie od szeregu lat i ten lokalny, najbliższy zakład zawsze będzie najpewniejszym partnerem dla rolnika.

Juliusz Młodecki, prezes Krajowego Zrzeszenia Producentów Rzepaku i Roślin Białkowych i wiceprzewodniczący grupy roboczej „Rośliny Oleiste i Białkowe” Copa Cogeca

Umowy terminowe czy kontrakty handlowe to najlepsza forma sprzedaży, zwłaszcza dla osób mających większe partie surowca. Dotyczy to też oczywiście nasion rzepaku. Zabezpieczenie sobie ceny jeszcze przed zbiorem jest gwarancją uzyskania satysfakcjonującej dla rolnika ceny w okresie zbioru. Jednak podpisując takie umowy, należy pamiętać o jednej żelaznej zasadzie. A mianowicie o tym, żeby dywersyfikować ryzyko i podpisywać umowę na część planowanych zbiorów, a nie na wszystko. Wtedy mamy szanse uzyskać średnią cenę w sezonie i to jest najlepsze rozwiązanie. W tym roku mimo wysokich cen obowiązują te same zasady. Jeśli ktoś podpisał cenę 1700 zł za tonę w lutym na całość planowanych zbiorów, to popełnił błąd, ale jeśli podpisał część np. na 25 proc., to później mógł podpisać na 2300 zł i wówczas ma szanse uzyskać średnią cenę za surowiec. Pamiętajmy, że z umów trzeba się wywiązywać. W kontraktach są zapisane różne elementy zabezpieczające jedną i drugą stronę. Trzeba sobie policzyć, czy chcę zerwać wieloletnią współpracę, czy chcę zapłacić karę w imię jednorocznego zysku. W przypadkach skrajnych zawsze z kontrahentem najlepiej rozmawiać i próbować znaleźć rozwiązanie satysfakcjonujące obie strony, bo sytuacja w kolejnych latach może okazać się odwrotna.