Po Zaduszkach przychodził czas odpoczynku dla ludzi i ziemi. Rozpoczynał się czas duchów, wróżb i przepowiedni. Związane z tym zwyczaje i obrzędy „były i są wielce popularne na wsiach (...) wśród ludności polskiej, białoruskiej, ukraińskiej, czeskiej, niemieckiej i węgierskiej” pisano w „Przysposobieniu Rolniczym” w nr. 22 z 1933 roku.

Na Marcina gęś do komina
„Jaki dzień na św. Marcina, taka będzie cała zima” – głosiło staropolskie przysłowie. Dlatego 11 listopada pilnie baczono na pogodę, „upatrując u św. Marcina prognostyk” – „Jeśli na Marcina sucho, to Gody (Boże Narodzenie) z pluchą”, „Jak Marcin na białym koniu przyjedzie, to ostrą zimę przywiedzie”. Mawiano też: „Od św. Marcina zima się poczyna” i zamykano w tym dniu okres jesiennych prac w polu. Rybacy kończyli połowy ryb, a pasterze zaganianie stad do zimowych zagród. W dawnej Polsce dzień ten był wolny od zajęć gospodarskich, stawały młyny, chłopi rozliczali się z pańszczyzny, a dzierżawcy płacili czynsz. Odbywały się procesje ku czci świętego, wieczorem palono ogniska, a na stole pojawiała się pieczona gęś, bo „Dzień św. Marcina dużo gęsi zarzyna” i „Na św. Marcina najlepsza gęsina”. Przysłowia te są świadectwem dawnego czterdziestodniowego adwentu (zwanego czterdziestnicą), który zaczynał się po św. Marcinie. Tego dnia można było ostatni raz jeść mięso, zwykle była to właśnie gęsina. Po kolacji wróżono – „(…) patrz na piersi, patrz na kości, jaka zima nam zagości”; „Pierś z Marcinkowej gęsi biała, to zima dobrze będzie statkowała”.

Gdyby nie Kaśka, nie byłoby Jaśka
Swój wieczór wróżb i przepowiedni mieli też młodzieńcy. W wigilię św. Katarzyny (24 listopada) pilnie baczyli, co im się przyśni. Biała kurka wróżyła panienkę, czarna – wdowę, sowa – mądrą żonę, ale ponurą, biały koń – długie kawalerstwo. Wieczorem, podobnie jak w andrzejki, ucinano gałązki wiśni i wstawiano do dzbana z wodą – jeśli na Boże Narodzenie pokryją się listkami, był to znak prędkiego ożenku lub zamążpójścia. Powszechny był też zwyczaj kładzenia nocą pod poduszkę kartek z imionami dziewcząt: wyciągnięta nazajutrz przepowiadała imię przyszłej żony.

Na św. Andrzeja dziewkom z wróżby nadzieja
Andrzejki na ziemiach Polski „mają kilkuwiekową tradycję, przechowywaną przy tym nie tylko w obyczaju narodowym, ale i w zabytkach staropolskiego piśmiennictwa” – pisano w „Przysposobieniu Rolniczym” w 1933 r. (nr 22). W XVI w. Marcin Bielski w „Komedii Justyna i Konstancji” ostrzega zbyt ciekawe białogłowy przed przepowiedniami: „Nie kuś Bogiem, ni jego świętemi,/ Nie pętaj się czarami przeklętemi./ Nie pomogą Tobie lane woski,/ Jest każdej dar obiecany boski”. Na nic jednak zdawały się te przestrogi. Na wieczór andrzejkowy panny czekały cały rok. „(…) pochylone nad miednicą lub talerzem, trzymając w ręku rózgę, po przez którą spływa roztopiony wosk na wodę, z przejęciem śledzą (…) fantastyczne kształty odlewów”. Mawiano bowiem: „Nalejcie wosku na wodę,/ ujrzycie swoją przygodę...” I tak – krzyż przed nieszczęściem ostrzega, koń podróż oznacza, wianek zaś szybkie wesele zapowiada. Dziewczęta układały też na podłodze „gałki chleba, z których każda należy do innej właścicielki i jej ręką jest znaczona, a przywołany pies musi ten chleb zjadać; jaką koleją pies gałki zjada, taką koleją dziewczęta za mąż wyjdą. Czasami przywołuje się kota, któremu przygotowuje się na podłodze znaczone pączki, lub w tymże celu rozsypuje się przed kogutem ziarna pszenicy, uważając pilnie w jakiej kolei je zjada” (PR 1933, nr 22). Męża można było też ujrzeć we śnie, zgodnie z przysłowiem: „Noc Andrzeja Świętego przyniesie narzeczonego”. Aby wróżba się spełniła, należało spać na ławie lub podłodze, a przed zaśnięciem powiedzieć: „Łóżko moje, depczę ciebie,/ panie Boże, proszę ciebie,/ niech mi się ten przyśni,/ kto mi będzie najmilszy”.

W niektórych okolicach Polski w andrzejki dziewczęta musiały się nieźle namęczyć. Cały dzień pościły, „a wieczorem klęczały na rozsypanym grochu i aż pięć pacierzy do św. Andrzeja odmawiały, o narzeczonego prosząc. Albo siały konopie, co podobno sny o przyszłym mężu sprowadzić miało. (...) najpierw przez 5 dni nosiły ziarno konopi w rąbku koszuli zaszyte. W andrzejki biegły do drwalni i tam je siały, modląc się do Świętego. Potem pręciutko leciały do studni i w gębie wodę do podlania przynosiły. Przed powrotem do chałupy musiały ja trzy razy obiec w koło, a wróciwszy do izby, nie wolno im było do nikogo się odezwać, bo by się inaczej wróżba nie udała.” (PR 1937, nr 22).

Po katarzynkach i andrzejkach ustawał śmiech i zabawa. Zaczynał się adwent, okres skupienia i ciszy. Mawiano: „Święta Katarzyna klucze pogubiła,/ Święty Jędrzej znalazł, zamknął skrzypki zaraz”.

Źródło: "Farmer" 21/2006