Szerokim echem odbiła się w mediach, w biznesie, a przede wszystkim wśród rolników, zwłaszcza hodowców zwierząt gospodarskich oraz mięsnych zakładów przetwórczych wypowiedź prof. Janusza Filipiaka, prezesa Comarch SA, polskiej firmy, globalnego integratora oraz producenta innowacyjnych rozwiązań i systemów informatycznych. W wywiadzie przeprowadzonym przez dziennikarkę Agatę Kołodziej w podcaście Forum IBRiS Filipiak powiedział, że konieczne jest „(...) uświadomienie ludziom, że nie mają tyle, za przeproszeniem, żreć. Jak ja idę do sklepu tam koło mnie w okolicy pod Krakowem, to ludzie wynoszą takie siaty tego mięsa, że ja nie wiem, co oni z nim z tym robią. (...) Tak jak mówię ograniczyć spożycie mięsa np. poprzez drastyczne podniesienie cen. Ludzie naprawdę nie muszą tyle jeść, ile jedzą w tej chwili. To jest jeden z powodów emisji CO2”. Co ciekawe i ważne ta wypowiedź dopiero nabiera mocy rynkowej oraz pijarowej (medialnej) i z pewnością będzie mieć negatywne skutki dla firmy, już w niedalekiej przyszłości, w ujęciu średniookresowym.

Co Janusz Filipiak wie o branży mięsnej?

Z wypowiedzi prezesa Janusza Filipiaka dowiedzieliśmy się, że z pewnością nie zna się na branży rolnej, rynkach rolnych, przetwórstwie rolno-spożywczym, nie rozumie konsumentów ani rynku żywnościowego. Co gorsze prezes krytykuje (a w zasadzie obraża) Polaków za to, że „żrą” ponad miarę (choć powiedział, że „za przeproszeniem”), gdy tymczasem on jako osoba prywatna jest „zeroemisyjny”, a to dzięki wybudowanej, z własnych pieniędzy, farmie fotowoltaicznej.

Według prezesa Polacy powinni, poza mniejszym spożywaniem mięsa, również mniej podróżować samolotem, bo lotnictwo cywilne jest źródłem masowej emisji dwutlenku węgla. Na uwagę dziennikarki, że sam też posiada samolot, odpowiedział:

Mam samolot, który jest mały, to nie jest odrzutowiec. To jest turbośmigłowiec, który konsumuje połowę mniej paliwa niż odrzutowce. Gdyby milionerzy mieli takie samoloty, to byłby naprawdę nikły ułamek tych zanieczyszczeń, które w tej chwili są emitowane przez lotnictwo. (...) Trzeba się zastanowić, jak kolosalna ilość emisji pochodzi od tych lotów pasażerskich tych starych boeingów, a ile od tego mojego samolociku.

O ile wypowiedź tę można by potraktować jako bezpośrednią opinię wprost, przysłowiowe bez owijania w bawełnę, to już obrona swojego potencjału majątkowego w tym samolotowego jest w duchu, jak Kali kogoś ganić, to jest super, jak Kalemu wytknąć, to jest źle. Ciekawe jest, co byłoby, gdyby prezesa było stać na samolot odrzutowy, a nie jakiś tam „samolocik”.

Rolnictwo znów atakowane

Wypowiedzi prezesa są zgodne z modnym obecnie trendem atakowania rolnictwa, szczególnie branży mięsnej przez aktywistów wegańskich, anarchistyczno-ekologicznych oraz populistycznych polityków, szukających dla siebie niższy wyborczej, a którzy wyposażeni w pseudowiedzę próbują medialnie zaistnieć.

Oczekiwanie przez prof. Janusza Filipika mniejszego "żarcia" mięsa przez Polaków oraz postulat drastycznego podniesienia cen mięsa, by to jedzenie ukrócić, jest bezpośrednim uderzeniem w interesy polskiego rolnika oraz zakładów mięsnych, a w dalszej kolejności transportu i magazynowania, sklepów, sieci handlowych, producentów maszyn dla rolnictwa jak i przemysłu mięsnego, usług z obszaru bezpieczeństwa żywności oraz wiele innych biznesów pracujących i żyjących z branży rolnej i mięsnej. Z pewnością wiele tych przedsiębiorstw korzysta z oprogramowania i aplikacji stworzonych przez Comarch. O setkach tysięcy miejsc pracy, jakie daje rolnictwo oraz przetwórstwo mięsa i branże kooperujące nie wspominam, bo to jest oczywiste. Dodam tylko, dla porządku, że w Polsce udział rolnictwa w tworzeniu PKB wynosi 3 procent, a w zatrudnieniu w sektorze rolno-spożywczym około 10 procent. Z kolei branża mięsna to 5 procent PKB, czyli ponad 100 mld zł.

Smutne jest to, że założyciel oraz prezes tak znamienitej polskiej firmy wszedł w tendencję nasyconą negatywizmem, niechęcią, a wręcz – jak wynika z doboru słów – odrazą do innego stylu życia niż jego. On jako rocznik 1952 powinien dobrze wiedzieć, z jakim okresem wiążą się wszelkie odgórne nakazy i zakazy (i jak to było odbierane przez społeczeństwo).

Marnotrawienie żywności w Polsce to fakt

Co do jednego prof. Janusz Filipiak ma rację. Marnotrawienie żywności w Polsce to patologia. Mamy się – jako naród – czego wstydzić. Jak wynika z danych (zebranych i opracowanych w 2020 roku) naukowców z Instytutu Ochrony Środowiska-Państwowego Instytutu Badawczego i Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego na etapach produkcji, przetwórstwa, dystrybucji i konsumpcji w Polsce rocznie marnuje się prawie 5 milionów (4 840 946) ton żywności. Najwięcej zmarnowali jej konsumenci (gospodarstwa domowe), bo aż 2 917 775 ton, co stanowi 60 procent. Produkcja i przetwórstwo odpowiadały łącznie za 30%, czyli 1 503 110 ton strat. To trzeba zmienić, ale nie obrażaniem lub deprecjonowaniem kogokolwiek. Takie postępowanie nie świadczy dobrze o mówiącym, zwłaszcza tak utytułowanym.

Czy biznesmen ma rację?

Mimo niefortunnych słów na temat konsumpcji przez Polaków należy domniemywać z całej wypowiedzi prezesa Filipiaka, że mimo wszystko jego intencje były dobre i były one czymś w rodzaju troski i surowej krytyki poczynionej przez narodowego wizjonera innowacji, widzącego świat dalej i głębiej niż zwykły podróżnik samolotem np. do Grecji. Z drugiej strony nie ma wątpliwości, co do tego, że te jego opinie nie rozejdą się po tzw. kościach i że szybko zostaną zapomniane. Nie zostaną, bo dotyczą sfery, która jest istotną częścią wielkiego polityczno-ekonomicznego planu reformy klimatycznej w Unii Europejskiej – Europejskiego Zielonego Ładu, a który to wywołuje u milionów rolników i przetwórców negatywne emocje. Prezes Filipiak, jako niewątpliwy autorytet biznesowy, swoimi wypowiedziami dał maczugę wszystkim antagonistom rolnictwa, hodowli zwierząt, produkcji mięsa do ich atakowania i zwalczania rolników oraz branży mięsnej.

Słowa te również zaskakują w aspekcie konkurencyjności. Comarch w Polsce, wśród polskich firm tworzących oprogramowanie dla biznesu, nie ma sobie równych. Spółka ma swoją markę i przymiot innowacyjności. Co ciekawe firma obsługuje również firmy z branży agro. Dziwi więc to, że prof. Janusz Filipiak, prezes Comarch, zaatakował jedną z rąk, która go karmi. Dziwi to, tym bardziej, że konkurencja nie śpi, zwłaszcza ta zagraniczna, która jest dużo większa niż krakowska spółka, a do tego – jak wróble ćwierkają – jedna z takich firm, która jest obecna w Polsce, dla rolnictwa oraz przetwórstwa rolno-spożywczego ma już gotowe rozwiązania informatyczne nie tylko o przeznaczeniu krajowym czy unijnym, ale prawdziwie globalnym. Zwłaszcza, że jej rozwiązania są sprawdzone w stu procentach i spójne ze światowym, instytucjonalnym system agro.

Choć Comarch lansuje siebie jako globalną firmę (bo ma na świecie 27 biur), to jednak ewidentnie jej prezesowi – jak widać po wypowiedzi – brakuje globalnego obycia, co z pewnością konkurencja wykorzysta. Można powiedzieć, że prezes Filipiak wizerunek Comarchu jak i swój podał jej na pijarowej, przysłowiowej tacy. Mogę to powiedzieć, bo choć nie znam się na informatyce, to znam zwyczaje i obyczaje biznesowe, zwłaszcza w komunikacji rynkowej w ujęciu nie tylko krajowym czy unijnym, lecz także globalnym. Prezes Filipiak powinien dokładnie się przyjrzeć (choć już mleko się rozlało), jak w przeszłości zareagował rynek na mniej lub bardziej fortunne wypowiedzi właścicieli czy szefów firm, dotyczących innych zjawisk lub zdarzeń. Jak mówi stare polskie powiedzenie kropla drąży skałę. Zamiast przyjęcia postawy obrażania należało zaproponować inną postawę, zwłaszcza że Comarch i jego założyciel są liderami zmian w biznesie i środowisku, czym zresztą się w tym wywiadzie pochwalił.

Doświadczenie uczy, że większości doświadczenie niczego nie uczy. Ciekawe jest więc, czego ta wypowiedź nauczy prezesa Comarchu, bo słowa, które padły nie pokazały, ani wiedzy, ani spolegliwości o przyszłość, tylko mentalny stosunek kogoś gdzieś wyżej do tych, co są niżej, a całość podana w sosie zakazów i nakazów z minionej epoki. To jest podręcznikowy pijarowo-biznesowy strzał w kolano, który z pewnością – w świetle konkurencji na rynku – odbije się na przyszłej pozycji firmy, a w najlepszym razie będzie argumentem przeciw niej.