Na pytanie: „Czy izby rolnicze nie powinny przejąć doradztwa rolniczego?” – przewodniczący Krajowej Rady Izb Rolniczych Wiktor Szmulewicz odpowiada ostrożnie: „Ja bym tu nie używał słowa: przejąć, bo to jest złe słowo. Nie lubią go też sami doradcy, którzy obecnie pracują w firmie państwowej.”

Samorząd dojrzał

A jest to, bagatela, ok. 4 tysiące osób! Dlatego przewodniczący KRIR woli używać innego słowa: „połączenie”. Po prostu, izby rolnicze powinno się połączyć z ośrodkami doradztwa rolniczego, co, zdaniem Wiktora Szmulewicza, umocniłoby i samorząd rolniczy, i zwiększyłoby jednocześnie rolę doradztwa. Samorząd rolniczy – uważa przewodniczący KRIR – który ma obecnie 200–250 etatowych pracowników, w większości po studiach – już do takiego połączenia dojrzał. Do rozwiązania pozostałby „tylko” problem finansowania doradztwa, które bez dotacji z budżetu pewnie musiałoby swoją działalność zawiesić. Albo przynajmniej mocno ograniczyć.

Dotacje i zarobki

W Krajowej Radzie Izb Rolniczych nie wiedzą, niestety, jaką część dochodów ośrodków doradztwa rolniczego stanowią obecnie dotacje z budżetu (bo są to budżety województw), a w jakiej części swoje wydatki ODR mogą pokrywać dochodami ze swojej działalności (może ona przybierać różne formy: usługi gastronomiczne i hotelarskie, wydawniczo-poligraficzne, różne odpłatne szkolenia czy badania np. laboratoryjne. Wielkie pole do popisu w kwestii odpłatnych usług stworzyła doradcom z integracja z Unią Europejską. Doradcy mogą bowiem brać pieniądze za wypełnianie wniosków o płatności bezpośrednie, kredyty preferencyjne.Poza tym usługi doradcy są bezpłatne. Płaci za nie reprezentowane przez wojewodów państwo, które wobec doradztwa zdecydowało się pełnić rolę opiekuńczego anioła. Przewodniczący KRIR wie tylko, że rolnicy przeciwko opłatom za doradztwo nie oponują. Bo cóż to za wydatek w porównaniu ze spodziewanymi zyskami? 

Komu potrzebni

Rejonowy Ośrodek Doradztwa Rolniczego w Mokoszynie odpowiada za doradztwo w powiecie sandomierskim. – Mamy święto kwitnącej jabłoni, jabłkobrania, pomidora, dwa razy w roku odbywają się wystawy kwiatów i materiału szkółkarskiego – wylicza doroczne imprezy kierownik oddziału w Mokoszynie, mgr Robert Paluch – co dwa tygodnie odbywają się spotkania ogrodników, wydajemy miesięcznik „Ogrodnik Sandomierski”. Region wyraźnie stawia na ogrodnictwo. Mimo że powierzchnia przeciętnego gospodarstwa liczy zaledwie 4,18 ha, z rolnictwa utrzymuje się tu większość mieszkańców wsi. – A ponad 90 proc. gospodarstw korzysta z dopłat bezpośrednich – szacuje Alina Lisowska, specjalista do spraw ekonomiki i przedsiębiorczości. Do prowadzenia wciąż opłacalnej produkcji ogrodniczej nie zniechęciły sandomierskich rolników także tegoroczne przymrozki, które przetrzebiły sady w całym kraju. 

Do trzymania się ogrodnictwa zmuszają także warunki obiektywne. Padła tarnobrzeska siarka, drastycznie zmniejszyła zatrudnienie sandomierska huta szkła, nie ma już pracy w pobliskich Gorzycach. A tu ziemia dobra, ilość opadów wystarczająca, nasłonecznienie najwyższe w całym kraju. Tyle że coraz bardziej rosną koszty pracy najemnej, która przy tym kierunku produkcji jest okresowo potrzebna.

Źródło: "Farmer" 17/2007