Wydruk strony Farmer.pl - portal nowoczesnego rolnika

Kryzys dopiero się zaczyna i będzie źle

Autor:

Dodano:

Polska gospodarka wchodzi w kryzys, który będzie miał kształt fali tsunami: będzie długi i z każdym miesiącem będzie nabierał na sile i dotknie ekonomicznie rolników oraz producentów rolnych.

Nie ma co owijać w przysłowiową bawełnę, ale w Polsce obecna sytuacja makroekonomiczna jest zła, a będzie jeszcze gorzej. Żadna tarcza antyinflacyjna nie pomoże, a jedynie delikatnie złagodzi skutki. Proces, który w Polsce postępuje (a jest on m.in. skutkiem – niezależnie od rosnących cen gazu – rozwijania konsumpcji poprzez dawanie Polakom tzw. pustego pieniądza) jest już poza kontrolą rządu. Obecną degrengoladę gospodarczą i monetarną mogła wiele miesięcy temu powstrzymać Rada Polityki Pieniężnej, ale tego nie zrobiła. A dziś jej decyzje przypominają kopanie studni, gdy już stodoła płonie. A do tego dochodzą sygnały o ograniczeniach importowych z największego rynku świata – chińskiego. Co więc w tym roku czeka polskich rolników oraz producentów rolnych? 

Bolesna prawda

Politycy Zjednoczonej Prawicy chwalą się, że rząd błyskawicznie przygotował dwie tarcze antyinflacyjne, które mają uchronić Polaków przed wzrostem cen. Sęk w tym, że nie trzeba byłoby ich tworzyć, gdyby polityka gospodarcza nie opierała się li tylko na konsumpcji wewnętrznej i jej sztucznym pompowaniu (500+, 13 oraz 14 emerytura), ale także na inwestycjach, a tychże brak. Gdyby była pełna dywersyfikacja dochodowa budżetu, to nie potrzebne byłyby tak głębokie i szerokie transfery socjalne, a do tego realnie puste, bo nie mające pokrycia w żadnej wartości gospodarczej. 

Poza tym kadencje polityków są krótkie (zazwyczaj 4 lata w Sejmie w i Senacie). Rozwiązania, które mogliby wprowadzić, i które dałyby widoczne efekty, wymagają co najmniej dwóch lat, by je wdrożyć. Jedna kadencja jest zatem za krótka, by rządzący mogli się dostatecznie wykazać przed kolejnymi wyborami.

Dlatego łatwiejszym rozwiązaniem jest dawanie wyborcom pieniędzy niż stwarzanie sytuacji do ich przedsiębiorczego tworzenia. W efekcie politycy od Atlantyku po Bug rządzą poprzez dług. W efekcie wiele krajów (np. Grecja, Hiszpania, Portugalia, Włochy) ma długi nigdy niespłacalne. Polska ze swoim zadłużeniem 50-60 procent w stosunku do PKB (w zależności od tego czy liczy nasz rząd czy Komisja Europejska) wydaje się mocnym finansowo i ekonomicznie krajem, ale to tylko pozory. Jak mocnym finansowo krajem jesteśmy, to widać po tym np. ile zarabiają urzędnicy państwowi odpowiadający za bezpieczeństwo żywności, a o innych zawodach nie wspominając.

Niech za przykład posłuży takie zdarzenie. W Polsce od lutego 2014 roku jest epidemia afrykańskiego pomoru świń (ASF). Od początku brakowało wszystkiego, głównie ludzi. Każdy kolejny rząd obiecywał zwiększenie budżetu na walkę wirusem, ale nic nie robił. By była jasność wcale nie chodziło o setki milionów złotych, ale o 40-60 mln złotych rocznie, na zwiększenie etatów (około 100) i nieduże podwyżki dla urzędowych lekarzy weterynarii w Głównym Inspektoracie Weterynarii, by chociaż w małym stopniu docenić ich wysiłek. Większa liczba lekarzy pozwoliłaby na usprawnienie eksportu produktów pochodzenia zwierzęcego (mleko, mięso). Przez lata jednak nic takiego się nie stało. Dopiero w 2019 roku afera z wysyłką do USA podejrzanej wieprzowiny (niby zakażonej ASF) i groźba amerykańskich władz zamknięcia amerykańskiego rynku dla polskiej wieprzowiny zmusiła polski rząd i ministra rolnictwa do znalezienia 40 mln zł za zatrudnienie dodatkowych lekarzy.

Innymi słowy polska gospodarka jedzie na długu i konsumpcji wewnętrznej oraz działaniach doraźnych. Zmiany na globalnych i regionalnych rynkach uwidoczniły to, co było wiadome do dawna, że tak się nie da.

Inflacja będzie dwucyfrowa

W ostatnim czasie polskim rynkiem i ekonomią zatrząsły trzy widomości. Pierwsza to taka, że prof. Adam Glapiński, prezes Narodowego Banku Polski oraz przewodniczący Rady Polityki Pieniężnej, nie potrafi przewidzieć tempa rozwoju inflacji. Przestrzelone diagnozy, a w zasadzie oderwane od rzeczywistości, rodzą pytanie o to, jakie fakty i wskaźniki zostały wzięte pod uwagę do ich stworzenia? To prowadzi do wniosku, że jeśli organ władzy pieniężnej nie potrafi prawidłowo zdiagnozować i przedstawić wizji najbliższej przyszłość, to kto to potrafi? Brak takiej wiedzy powoduje, że wszyscy racjonalnie myślący o gospodarce działają zgodnie ze starą zasadą: umiesz liczyć, to licz na siebie.

Drugą informacją mrożącą krew w żyłach jest wzrost rentowności polskich obligacji skarbowych dziesięcioletnich (według Ministerstwa Finansów łączna ich wartość to 226 mld zł) do 4%. Taki poziom był ostatni raz w 2014 roku. Obecnie wzrost rentowności znaczy, że obsługa długu będzie – jak policzyli eksperci – droższa w tym roku o 25 mld zł. Rząd będzie musiał znaleźć pieniądze, by zapłacić wyższe odsetki posiadaczom tych obligacji. Ma dwie możliwości: zrolować dług, czyli zaciągnąć nowy albo wycisnąć te pieniądze na rynku, czyli od przedsiębiorstw i konsumentów.

I tu z pomocą rządowi przychodzi inflacja. Wysokie ceny to wyższe dochody z VAT oraz akcyzy jakie wpływają do budżetu. Inflacja to podatek, sprawiedliwy, bo dotyka wszystkich równo, ale nierówno doświadcza, bo ten, kto jest majętny odczuwa mniej niż osoby, które zarabiają średnią krajową lub ledwo wiążą koniec z końcem. 

Tarcze antyinflacyjne 1.0 oraz 2.0 złagodzą objawy inflacji, a nie zlikwidują jej przyczyn. W praktyce nie mają one zatrzymać inflacji, ale utrzymać krajową konsumpcję jako jedyne źródła dochodów państwa. Należy mieć na uwadze, że nie VAT kształtuje podstawową (czystą) cenę u producenta, ale koszty wytworzenia, na które składają się np. ceny surowca, ceny prądu oraz gazu, koszty pracy. 

Dobrą wiadomością dla rządu i nas wszystkich jest to, że w najbliższych miesiącach (do września 2022 roku) prawdopodobnie konsumpcja nie będzie mniejsza. Rada Polityki Pieniężnej będzie podnosić stopy procentowe „łagodnie” o 0,5 punktu (a w najgorszym razie o 0,75  albo 1,0 punkt), by nie zadusić konsumpcji, czyli jedynej kury, która znosi jajka, czyli daje dochód do budżetu państwa.

Mimo podwyżek stóp procentowych, tarcz antyinflacyjnych, inflacja nie zelżeje, bo będzie napędzana zakupami. Polacy, póki co, dysponują pieniędzmi i są skłonni do ich wydawania, mimo rosnących cen. Nie jest jednak znany poziom krańcowej skłonności do zakupów, czyli akceptowalnej górnej granicy cen. Taki koniec z pewnością jest i w którejś chwili go poznamy. 

W lutym bieżącego roku nastąpi pierwsza faza ekonomicznej „konsumpcji” wysokich cen energii (prądu, gazu). To uruchomi w gospodarce proces weryfikacji cen produktów i usług i nie będzie to zjawisko krótkotrwałe. Dlaczego? Bo przedsiębiorcy wciąż nie wiedzą, gdzie jest górna granica inflacji, jeśli w ogóle ona jest? Poza tym wielu przedsiębiorców zależnych jest od środków produkcji, których cena ustalana jest na zagranicznych rynkach.

Inflacja będzie dwucyfrowa, co do tego nie ma wątpliwości. Zebrane informacje od ekspertów wskazują, że takiej wartości należy się spodziewać już w lutym, a najpóźniej w marcu i utrzyma się przez około 3-4 miesiące. Średnioroczna inflacja w 2022 roku będzie na poziomie 8,5-9 procent.

Trzecia wiadomość dotyczy Polskiego Ładu. Chodzi o konkurencyjność. Rządowy program zawiera jedynie udawaną redystrybucję socjalną, a w praktyce znacząco osłabia zdolność konkurowania wszystkich przedsiębiorstw na rynku, w tym szczególnie ważne na rynkach eksportowych.

Należy pamiętać, że obecny poziom inflacji w praktyce w tym roku „skonsumuje” jedno całe wynagrodzenie Polaków. Realnie Polacy będą dysponować jedenastoma pensjami, a nie dwunastoma (chyba że ktoś dostaje tzw. trzynastkę). 

Tarcze antyinflacyjne – jak już to zostało napisane wyżej – spowolnią proces, ale go nie zahamują. Odjęcie od cen fiskalnych stawek nie spowoduje, że przedsiębiorcy zrezygnują z podwyżek cen swych produktów i usług. Z pewnością wykorzystają ten fakt, by zmaksymalizować wartościowy dochód (nie obciążony inflacją), co de facto przyczyni się do jej wzrostu. Innymi słowy, o tyle, o ile rząd obniży podatki, to o tyle przedsiębiorcy realnie podniosą ceny. To nic innego jak prawa rynku.

Nie będzie podwyżek cen dla producentów rolnych

Niska wartość złotówki w stosunku do euro i dolara przy dużej inflacji nie jest żadnym antidotum ani wsparciem dla eksportu. Przetwórcy rolno-spożywczy eksportujący będą zmuszeni do poszukania oszczędności, co już jest nie lada wyczynem, bo rosną koszty. Dostawcy surowca (np. świń, mleka) oczekują wyższych cen, bo rosną im koszty pasz, zbóż, leków weterynaryjnych, a także zatrudnienia (wszak wielu rolników to także pracodawcy). W efekcie wysokie koszty obniżają marże, które i tak już są niskie. Pytanie producentów o rentowność, to już jest jak niesmaczny żart albo sposób na niefarmaceutyczne podniesie im ciśnienia. Jak więc sobie niektóre firmy próbują poradzić? Oto przykłady.

Znane są mi dwa przypadki, jeden z branży mięsnej, a drugi z mleczarskiej. Prezesi w obu firmach jeszcze w listopadzie i w grudniu ubiegłego roku, swoim pracownikom zapowiedzieli, że w tym roku nie będzie podwyżek pensji, chyba że zostanie wypracowany ekstra zysk. Dlaczego? Obie firmy muszą dokonać modernizacji linii technologicznych oraz rozbudować infrastrukturę, by zachować konkurencyjność. Inwestycje (dość kosztowne) były zaplanowane jeszcze przed pandemią SARS-Cov-2. Maszyny są produkowane w Niemczech i Włoszech i trzeba za nie zapłacić w euro. Wskutek spadku wartości złotówki do euro, inflacji podnoszącej koszty (co wpływa na ogólną rentowność), różnica w cenie w przeliczeniu na złotówki, to odpowiednio dla zakładu mięsnego 2 mln zł, a dla mleczarskiego 1,8 mln zł więcej. Niby niedużo, ale przedsiębiorcy liczą pieniądze, zwłaszcza, gdy kryzys dopiero się rozwija. 

Inny przykład: hodowca świń (z województwa łódzkiego), będący jednocześnie przedsiębiorcą, zrezygnował z modernizacji i rozbudowy chlewni z 1000 do 2000 świń, bo w jego ocenie rynek nie jest pewny, mimo przyznanej promesy kredytowej przez bank, i dobrej współpracy z dużym odbiorcą. Obecnie negocjuje z bankiem przesunięcie jej na lepsze czasy, ale tak naprawdę nie wie, do kiedy i nie wie, czy bank się zgodzi. W tym przypadku na decyzję hodowcy wpłynął Polski Ład, który wprowadził obowiązek uiszczenia 9-procentowej składki zdrowotnej od sprzedaży majątku (np. starego ciągnika i innych maszyn) i innych transakcji finansowych na majątku. Inwestycja miała być sfinansowana z części sprzedaży majątku oraz kredytu bankowego. Hodowca wyszedł z założenia, że lepiej zostać z tym co ma i przeczekać, niż zostać z długami, które mogą pozbawić go wszystkiego. 

Chiny nie pomogą 

Opublikowane przez Chińskie Państwowe Biuro Statystyczne dane o inflacji CPI wskazują na ewidentny spadek popytu. Inflacja w Chinach w grudniu 2021 roku ujęciu rok do roku wyniosła +1,5%, a miesiąc do miesiąca spadła -0,3%. Ceny żywności w porównaniu z grudniem 2020 roku spadły o -1,2%, miesiąc do miesiąca były niższe o -0,6%. Ogółem średnioroczna inflacja w 2021roku w ujęciu rok do roku wzrosła +0,9%.

Dla wieprzowiny, ważnym produkcie eksportowym z UE do Chin (a także ważnym dla polskich rolników, bo jej ceny w Unii determinują wielkość jak i wartość krajowej produkcji), informacje są złe. W grudniu 2021 roku jej cena w ujęciu miesiąc do miesiąca w Chinach – jak wynika z informacji Chińskiego Państwowego Biura Statystycznego – spadła o 11,8%. Z kolei w porównaniu z takim samym okresem rok do roku spadek wyniósł aż 36,7%. Chińscy importerzy nie są zainteresowani importem wieprzowiny, bo Chiny dosłownie stoją wieprzowiną. 

Należy podkreślić, że niepokojące jest to, że spadki cen dotyczą nie tylko żywności, ale także wielu innych dóbr i usług i mają miejsce w tzw. okresie wysokiej konsumpcji w Chinach (zaczyna ją Święto Singla 11 listopada i trwa do Chińskiego Nowego Roku , które jest w styczniu lub lutym w zależności od roku). Jeśli teraz nie ma wzrostu, to co będzie dalej?

W przyszłym tygodniu poznamy dane o stanie chińskiej gospodarki w 2021roku, a za dwa tygodnie roczne dane o imporcie do Chin. Ale nie ma się co czarować. Chiny stają się samowystarczalne i nie będą kupować już tak wiele na zagranicznych rynkach, jak to było w przeszłości.

Czeka nas kryzys finansowy?

Hamowanie popytu w Polsce, a tym samym polskiej gospodarki zacznie być widoczne dopiero w drugiej połowie tego roku, a jego dotkliwość będzie odczuwalna wiosną 2023 roku.

Mniejszy popyt obniży inflację, a zostawi wysokie ceny i koszty. Z wysoką inflacją zostaniemy przez rok lub nawet dłużej. Stopy procentowe już przy inflacji 8,6% powinny być co najmniej na poziomie 4-5%. Z pewnością jest to cel, choć w rzeczywistości stopy procentowe powinny być takie jak inflacja. Należy mieć perspektywę kryzysu co najmniej do 2024 roku.

Uczestnicy rynku, by zachować cenę na swoje produkty dającą im pokrycie kosztów, będą oddziaływać na rynek podażą, a dokładniej jej blokowaniem.

Dla rolników, hodowców świń, gdzie marże już są małe lub śladowe, to przy wysokich kosztach środków produkcji oraz finansowaniu (kredyty) – produkcja roślinna i zwierzęca będzie trudna. Pewnego rodzaju zabezpieczenie ich ekonomicznych interesów daje ustawa z 17 listopada 2021 roku o przeciwdziałaniu nieuczciwemu wykorzystywaniu przewagi kontraktowej w obrocie produktami rolnymi i spożywczymi. Weszła w życie 23 grudnia 2021 roku. Nie daje ona ochrony przed inflacją, wzrostem cen energii oraz innych kosztów, a jedynie zabezpiecza ich przed nadużyciami dużych odbiorców.

Będzie to bardzo trudny czas dla wszystkich. Stara zasada walki opisana przez Sun Zi w Zasadach walki (w Polsce znane jako Sztuka wojenna, książka będąca elementarzem na amerykańskich uczelniach biznesowych i prawniczych) mówi, że trzeba wyobrazić sobie najgorszy scenariusz i robić wszystko, by do tego nie doszło. Inaczej pisząc, lepiej przygotować się na najgorsze i z czasem się pozytywnie rozczarować, że ono nie nadeszło, niż obudzić się z przysłowiową ręką w nocniku.

×