Wydruk strony Farmer.pl - portal nowoczesnego rolnika

Rolnik rolnikowi nierówny

Autor:

Dodano:

Rolnik pracujący 40 godzin tygodniowo i dostający przy tym niezłe pieniądze? Marzenie. Co zatem zrobić, by zarobić? Jedno jest pewne

Krzysztof Staszałek wydzierżawił dawny PGR. Teraz prowadzi Przedsiębiorstwo Rolno- Handlowe Kłos Sp. z o.o. Firma funkcjonuje dobrze i nic nie psuje humoru jej właścicielowi. Nic oprócz regularnych wizyt pracowników Państwowej Inspekcji Pracy.

- Czepiają się wszystkiego – mówi pan Krzysztof w rozmowie z Farmerem. – Nie pomalowanych na krzykliwe kolory progów, nie wyremontowanej po sezonie kotłowni – wylicza. – Ale głównie rozchodzi się o nadgodziny.

Każdy, kto ma choć trochę do czynienia z pracą na roli wie, ze nie jest to praca w godzinach 8–16. A właśnie tak sprawę, według przedsiębiorcy traktują urzędnicy. Przepisy dotyczące pracowników Kłosa i innych tego typu firm mówią o 40-godzinnym tygodniu pracy. A przecież rolnik pracuje i w poniedziałek i w środę i w niedzielę. Jednym słowem wtedy, kiedy jest taka potrzeba.

- Jak kosiłem rzepak to przez 12 godzin. A i to było mało! – opowiada rolnik. – Była akurat pogoda. Bezchmurny dzień trafił się jak rodzynek, to wykorzystaliśmy to. Nie było przecież wiadomo, czy za kilka godzin nie lunie deszcz – relacjonuje. Dodaje, że o ile pracownika „agrotechnicznego” można zastąpić, podmienić na stanowisku, aby dotrzymać wymogów Kodeksu Pracy, to człowieka, który pracuje przy zwierzętach już nie bardzo.

- Krowy na przykład przyzwyczajają się do konkretnych osób. Gdy jednego dnia doi je Franek, drugiego Janek, a trzeciego Honoratka to przestają po prostu współpracować i dają o wiele mniej mleka – mówi w uproszczeniu Staszałek.

Jest zirytowany, bo każda wizyta inspektora to kolejny mandat. Ostatnio postanowiono mu naliczyć kwotę, jaką jest winien swoim pracownikom za ostatnie 3 lata. Wyszło tego bez mała 70 tys. złotych.

- Z własnej kieszeni nie oddam, bo nie mam – żali się przedsiębiorca. – Nie mam ludzi do pracy, z drugiej strony nie stać mnie na więcej pracowników.

Państwowa Inspekcja Pracy jednak jest nieubłagana. – Skoro przedsiębiorca podejmuje się wyzwania prowadzenia firmy, niech ponosi tego konsekwencje. My działamy w interesie zatrudnionego – tłumaczy Wiesław Bakalarz, dyrektor Okręgowego Inspektoratu Pracy. Dodaje, że 30 procent dokonywanych inspekcji jest z powodu zgłoszeń pracowniczych. To niezadowolenie zatrudnionych powoduje „naloty” na firmy, a nie ludzka złośliwość – przekonuje.

Dyrektor Bakalarz dodaje, że dopóki pracodawca nie zapewni godziwych warunków płacy i pracy będzie karany. Mówi nam, że istnieją przecież różne formy zatrudnienia, a Inspektorat jest otwarty na pytania i chętnie pomoże właścicielom firm na zaplanowanie grafiku pracy dla swoich podwładnych. Poza tym ustalona dla całego kraju pensja minimalna jest zdaniem szefa inspektoratu zapewnić utrzymanie.

Co jednak z nieżyciowością przepisów ustalonych jeszcze w latach 70.? Nie wszystkie problemy nadgodzinowe można załatwić w tak prosty sposób, jak sugerują to inspektorzy. Jak się okazuje, Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej również pozostaje nieczułe. Kodeks to kodeks, litera prawa to litera prawa. Więc ministerstwo odsyła z powrotem do PIPu. – Stanowisko ministerstwa nie jest wiążące. Wszystko zależy od interpretacji – słyszymy w biurze prasowym MPiPS.

Czy coś zmieni się w interpretacji? Nie wiadomo. Na razie każdy, kto jest zatrudniony na umowę o pracę ma swoje prawa i może ich dochodzić. To dobrze. Z drugiej strony urzędnik z inspektoratu może w swojej gorliwości zapomnieć o realiach i zwyczajnie niesprawiedliwie potraktować dobrego pracodawcę. – Szlag mnie trafia, kiedy przychodzi do mnie chłopak z Inspektoratu i z miną znawcy i rozpiską w ręce wytyka błędy. Pytam ich zawsze, czy wiedzą coś o rolnictwie. Po namyśle pada odpowiedź, że kuzyn ma gospodarstwo, więc się znają – kpi nasz rozmówca. Jak zwykle – wszystko zależy od ludzi.

Pojawia się pytanie o równość traktowania. Przedsiębiorca zatrudniający pracowników na umowę musi zapewnić im ubezpieczenie, higienę pracy, świadczenia socjalne. Tymczasem jego sąsiad weźmie sobie do pomocy paru ludzi, da im dniówkę i o nic się nie martwi. Ani o nadgodziny, ani o bezpieczeństwo pracy, ani o inspekcję…

Zdaniem Andrzeja Sadowskiego z Centrum Adama Smitha, sytuacja ta pokazuje, jak absurdalne są regulacje. Próby wpasowania rolnictwa do szablonu prowadzą do absurdów. – Pół biedy, kiedy absurdy te są na papierze. Gorzej kiedy urzędnicy wprowadzają je w życie, biurokracja szuka ofiar i pada na rolnika prowadzącego zakład. Przez takie postępowanie ludzie tracą pracę, bo zakazuje im się brania nadgodzin płatnych w wysokości, na jaką stać pracodawcę – mówi Farmerowi. – Ujednolicenie pensji minimalnej dla całego kraju i wszystkich zawodów jest absurdem. Większość rolników nie zna dobrze zawiłego prawa pracy. Gdyby tak było pewnie nie decydowali by się na otwieranie firm. – uważa Sadowski.

Ekspert mówi nam, że prawo pracy jest z cała pewnością przestarzałe.40 lat temu miało przede wszystkim kontrolować pracowników. Czasy się zmieniły, kierunek działania kodeksu również, ale samo prawo pozostało.

Czy jest rozwiązanie? Owszem – Sadowski upatruje go w swobodnej umowie między stronami opartej o prawo cywilne. – Tak jak we wszystkich normalnych krajach – komentuje nasz interlokutor.

Kłopot z pracownikami w gospodarstwach rolnych pozostaje nie rozwiązany od lat. Mimo, że od lat brakuje rąk do pracy. Kończy się na politycznych deklaracjach i niczym więcej.

Źródło: FARMER 17/2009

×