Wydruk strony Farmer.pl - portal nowoczesnego rolnika

Trudne początki międzywojenne - historia rolnictwa: technika

Autor:

Dodano:

W ciągu ostatnich dwóch dekad w technice rolniczej dokonała się prawdziwa rewolucja. Skończyła się era starych Ursusów i Bizonów, rolnicy zaczęli przesiadać się do maszyn, które zadziwiają zaawansowaniem technicznym. W tych maszynach nie liczy się tylko wydajność, ale też dbałość o komfort pracy i zdrowie rolnika. A czego oczekiwano od maszyn rolniczych w czasach początków "Farmera"?

Wraz z odrodzoną po odzyskaniu niepodległości Polską zaczął rodzić się na nowo przemysł maszyn rolniczych. Stopniowo zaczęły pojawiać pierwsze żniwiarki, siewniki i trochę ciągników.

Międzywojenną Polskę lat 30. XX wieku, kiedy to zaczęło się ukazywać "Przysposobienie Rolnicze", pod względem narzędzi wykorzystywanych w rolnictwie cechował znaczący prymitywizm. W powszechnym użyciu były kosy, motyki czy sierpy, a czasem jeszcze… socha. Blisko 40 proc. gospodarstw nie posiadało nawet konia, czyli głównej siły pociągowej wykorzystywanej w pracach rolnych. Do bardziej zaawansowanych narzędzi będących na wyposażeniu większych majątków należały: wialnia, siewnik rzędowy, żniwiarka, sprężynówka, wał Campbella czy kilkuskibowe pługi żelazne. Bardzo mocno widoczne były także różnice pod względem "umaszynowienia" pomiędzy poszczególnymi ziemiami, które weszły w skład II RP. Największe zacofanie dotyczyło ziem dawnego zaboru austriackiego i wschodnich województw zaboru rosyjskiego, zwłaszcza jeśli przyrównamy to do sytuacji panującej w zaborze pruskim. Niełatwą sytuację pogłębiał dodatkowo Wielki Kryzys, który w Polsce trwał oficjalnie do 1935 roku, ale de facto jego skutki rolnictwo odczuwało praktycznie do wybuchu II wojny światowej.

DOMINOWALI DROBNI PRODUCENCI

Niemniej jednak w tym czasie działało wiele firm zajmujących się wytwarzaniem prostych narzędzi, takich jak pługi konne czy brony. Najczęściej były to małe, rzemieślnicze zakłady produkujące na potrzeby lokalnego rynku, ale było też kilku dużych producentów. Jednym z nich była Pomorska Fabryka Maszyn z Grudziądza (obecnie wchodząca w skład Grupy Unia). Wcześniej producent figurował jako Fabryka Maszyn i Narzędzi Rolniczych w Grudziądzu, założona w 1882 r. przez inżyniera Augusta Ventzkiego. Pierwszą maszyną wprowadzoną do produkcji, a następnie sprzedaży był dwuskibowy pług. W dwudziestoleciu międzywojennym nastąpił duży rozkwit spółki. W 1926 roku "Unia" produkowała 5000 ton maszyn i urządzeń rolniczych. Eksportowała ponad 10 proc. swojej produkcji, co stanowiło niemal 50 proc. całego ówczesnego eksportu maszyn rolniczych z Polski. Firma miała swoje przedstawicielstwa w wielu krajach Europy, ale także i bardziej "egzotycznych" miejscach, jak Brazylia, RPA czy Mandżuria. Dobrze prosperowała również Wytwórnia Maszyn Rolniczych Wolskiego w Lublinie (po II wojnie światowej LFMR, obecnie Sipma S.A.) produkująca przede wszystkim młocarnie, sieczkarnie, wialnie, kieraty oraz odlewy z żeliwa.

Jeśli przyjrzymy się liczbie posiadanych przez rolników w tamtych czasach maszyn, to zarówno gospodarstwa chłopskie, jak i folwarki nie imponują w tym zakresie. Wystarczy tylko powiedzieć, że w czasach II RP w gospodarstwach z przedziału 20-50 ha tylko 13 na 100 posiadało siewniki, a 11 na 100 gospodarstw żniwiarki. O ciągnikach nie było właściwie w tamtym okresie mowy, choć pojedyncze sztuki kupione na Zachodzie pojawiały się w niektórych większych majątkach. Źródła podają, że pierwsze ciągniki produkcji amerykańskiej w liczbie 12 sztuk sprowadzono na tereny Wielkopolski w 1912 r. Maszyny były niezwykle drogie i wymagające znacznych ilości paliwa oraz wiedzy osób obsługujących, a zatem trafiły do największych gospodarstw.

PIERWSZE CIĄGNIKI

Po I wojnie światowej, która - jak każda wojna - stała się motorem napędzającym rozwój, pojawiły się nowe marki oferujące ciągniki znacznie "dojrzalsze" i tańsze. Na terenach II RP można było spotkać ciągniki: Case, Titan, Ford & Son (Fordson) oraz Fiaty. W roku 1928 można było już spotkać bardzo dojrzałe konstrukcje takie jak ciągnik Fordson czy McCormick-Deering 15-30 wyposażony w czterocylindrowy silnik o zapłonie iskowym z waporyzatorem na naftę, ciężką benzynę lub każde inne paliwo, które wykazywało choć trochę ochoty do zapłonu. Jak donosił pewien właściciel takiej maszyny, Józef Madaliński z powiatu Szamotuły, ciągnik ten pracując w majątku o powierzchni 540 ha, wykonał bezawaryjnie: orkę 310 ha czteroskibowym pługiem, talerzowanie 134 ha i kultywowanie 200 ha, zużywając przy tym średnio 20-24 l nafty i 1,2 l oleju na hektar.

O produkcji ciągników w Polsce możemy mówić dopiero od roku 1922, choć na Politechnice Warszawskiej już w 1915 r. był gotowy projekt pierwszego polskiego ciągnika, przygotowany przez profesora Karola Taylora. Jednak w wyniku działań wojennych i ogólnych niepokojów nie mógł on zostać zrealizowany. Pierwsze traktory opuściły Fabrykę Silników i Traktorów Ursus w 1922 r. Traktor kosztował wówczas 700 dolarów (równowartość dzisiejszych około 40 tys. zł). Maszyny zostały opracowane na licencji amerykańskiego Titana (International Harvester). Wtedy za oceanem ciągniki te były już wycofywane i nie ma co ukrywać, że konstrukcje wdrożone w Polsce do produkcji były od razu przestarzałe. Ciągniki były napędzane średnioprężnymi silnikami w układzie poziomym, co było pokłosiem konstrukcji silników parowych. Dzięki dużej pojemności skokowej i niskiemu sprężeniu mogły one pracować na niemal dowolnym paliwie: nafcie, benzynie lekkiej i ciężkiej, olejach roślinnych, alkoholu itp. Silnik generował moc 25 KM przy 575 obr./min. Praca takim ciągnikiem przypominała pracę ciągnikami parowymi, choć nie trzeba było dorzucać do pieca. Potoczna nazwa "ciągówka" wzięła się stąd, że polski Tytan w istocie mógł jedynie ciągnąć narzędzia tak jak koń.

Ciągówki Tytan nie wniosły większego wkładu w "umaszynowienie" polskiego rolnictwa. Wyprodukowano ich zaledwie około 100 sztuk. Ile w ogóle w latach 20. i 30. pracowało ciągników? Trudno to określić nawet w dużym przybliżeniu (według niektórych źródeł w 1939 r. na polach pracowało około 900 ciągników spalinowych i parowych), bo pierwsze statystyki obejmujące posiadanie traktorów pojawiają się dopiero w 1950 r., kiedy to, według Rocznika statystycznego GUS, było ich 28,4 tys. w całym kraju. Warto wspomnieć, że jeszcze na długo wcześniej przed pierwszymi ciągnikami (w drugiej połowie XIX w.), w dużych gospodarstwach zwłaszcza na terenie Wielkopolski, pracowały lokomobile i pługi parowe w tzw. systemie Fowlera, do których serce, czyli napęd parowy, dostarczały nowoczesne jak na owe czasy zakłady Hipolita Cegielskiego w Poznaniu. Dość popularne stawały się też pługi motorowe, które były rozwinięciem pługu parowego. Były o wiele mniejsze i prostsze w użyciu, a także tańsze. W Wielkopolsce w 1912 roku pracowało ich 80, a w 1921 już 143. Najpopularniejszymi markami były: Praga, Stock oraz W.D Excelsior.

LOSY POWOJENNE I ZDERZENIE Z KAPITALIZMEM

Lata powojenne przyniosły bardziej zauważalny postęp w dziedzinie mechanizacji rolnictwa. Niestety, praktycznie wszystkie liczące się zakłady znacjonalizowano i przeszły one pod nadzór państwowy, a postawienie "żelaznej kurtyny" z Europą Zachodnią - także w handlu, sprawiło, że rolnicy nie mieli zbyt dużego wyboru w maszynach i kupowali to, co krajowe, ewentualnie z "bratnich krajów" bloku wschodniego. Trzeba jednak przyznać, że w centralnie sterowanej gospodarce przemysł maszynowy rozwinął się bardzo mocno i powstało sporo udanych konstrukcji. W pierwszej kolejności mechanizowano oczywiście tzw. gospodarstwa uspołecznione, ale w późniejszym czasie także i rolnicy indywidualni zyskiwali dostęp do dość szerokiej gamy maszyn rolniczych. Głód maszyn był duży, i mimo potężnej produkcji (na przykład ponad 70 tys. ciągników Ursusa rocznie na początku lat 80.) rolnicy często latami oczekiwali na maszynę, na zakup której potrzebny był dodatkowo tzw. przydział. Maszyn brakowało, bo duża część była wysyłana na eksport za dewizy.

Przełomem był rok 1989 i upadek komunizmu, otwarcie granic z Zachodem i wprowadzenie gospodarki wolnorynkowej. Większość państwowych fabryk nie przetrwała zderzenia z kapitalizmem: upadła bądź została sprywatyzowana. Taka sytuacja stworzyła jednocześnie możliwość wejścia na polski rynek firmom zagranicznym, ale także rozwój wielu mniejszym producentom i spółkom powstałym na bazie dawnych zakładów mających "pomysł" na zaistnienie wśród licznej konkurencji. Ostatnich kilka lat to duży "boom" w zakupach maszyn i unowocześnieniu parków maszynowych gospodarstw rolnych. Koniec pierwszej dekady XXI w. to niemal 20 tys. sprzedanych nowych ciągników. GUS szacuje, że w 2015 r. w polskich gospodarstwach wykorzystywanych było około 1,7 mln ciągników, dla przypomnienia - w 1950 r. było ich 28,4 tys. Można też mówić o odrodzeniu polskiego przemysłu maszyn rolniczych. Jesteśmy mocni w produkcji przyczep, maszyn i narzędzi uprawowych, zielonkowych, opryskiwaczy. Czego brakuje? Przede wszystkim większych, bardziej skomplikowanych maszyn, takich jak ciągniki dużej mocy, kombajny zbożowe czy sieczkarnie samojezdne. Ale może i na to przyjdzie czas…

 

Artykuł ukazał się w numerze specjalnym wydanym z okazji 85-lecia "Farmera"

×