Wydruk strony Farmer.pl - portal nowoczesnego rolnika

Wolne świnie z czerwonej strefy

Autor: Grzegorz Tomczyk

Dodano: 25-08-2018 06:46

Pięć lat starań i ciężkiej pracy, by zbudować stado, które umożliwi dalszą hodowlę i produkcję. Śmiałe plany i wielkie nadzieje hodowców każdego dnia mogą jednak lec w gruzach, od kiedy gospodarstwo znalazło się w czerwonej strefie, po znalezieniu padłego dzika zarażonego ASF. Jak ustrzec przed chorobą świnie, których nie da się zamknąć w chlewni? Jak normalnie produkować i sprzedawać w takich rynkowych realiach?

Gospodarstwa Państwa Fronczaków w Skrzeszewie, w gminie Wieliszew (woj. mazowieckie) nie da się porównywać z innymi, bo pod wieloma względami jest niezwykłe. Choć ukierunkowane jest na produkcję trzody, próżno wypatrywać w nim chlewni. Rolnicy zajmują się bowiem hodowlą mangalicy - świni pastwiskowej (nazywanej też wełnistą), wywodzącej się z węgierskich stepów.

Mangalice to pierwotna rasa świń, która w średniowieczu powstała ze skrzyżowania świni z dzikiem. Za osobną rasę uznano ją w 1927 r. Z racji małych wymagań i smacznego mięsa świnie te cieszyły się na Węgrzech olbrzymią popularnością aż do lat 80. XX w. W latach 90. mangalice zostały jednak zupełnie wyparte przez udoskonalone rasy świń z zachodu Europy, przeznaczone do produkcji wielkotowarowej. Przed całkowitym wyginięciem uratowali je najpierw genetycy, a później... dietetycy i kucharze, którzy na nowo odkryli zdrowotne i smakowe walory mięsa. Dziś populacja tej rasy świń liczy na Węgrzech kilkadziesiąt tysięcy sztuk i znajduje się pod szczególną ochroną państwa jako swego rodzaju skarb narodowy.

Markowi Fronczakowi udało się mangalice sprowadzić do Polski w 2013 r. dzięki bratu, który od kilkudziesięciu lat mieszka na Węgrzech. Dziś hodowlą zajmuje się również jego syn Marcin. Ze względu na rosnące zainteresowanie rasą w kraju rolnicy początkowo nastawili się na produkcję warchlaków. Powiększali jednak stado i z niecierpliwością oczekiwali na ustawowe regulacje umożliwiające przerób i sprzedaż bezpośrednią mięsa i własnych wyrobów. Fronczakowie jako pierwsi w gminie i drudzy w powiecie legionowskim zarejestrowali rolniczą sprzedaż detaliczną. Wszystko zdawało się być na najlepszej drodze, gdy nagle gospodarstwo znalazło się w granicach czerwonej strefy w związku z wykryciem A SF u padłych dzików.

BIOASEKURACJA NA WOLNYM WYBIEGU

- Mangalice to świnie pastwiskowe - można je hodować wyłącznie na wolnym wybiegu. Potrzebują jedynie kawałka gruntu, gdzie mogą bez przeszkód ryć, wiaty, pod którą mogą się schronić przed chłodem czy skwarem, i bajorka - by taplać się w błocie, które zabezpiecza ich skórę przed insektami i słońcem - mówi Marcin Fronczak. - Nawet przy kilkunastostopniowym mrozie wolą przebywać na powietrzu i nawet wówczas lochy proszą się w legowiskach wymoszczonych słomą pod wiatami. Przed chłodem chroni je gruba sierść i warstwa tłuszczu. Gdy zaczynaliśmy hodowlę, obawialiśmy się zimą o prosięta i lochy przed wyproszeniem umieściliśmy w zamkniętym chlewiku. Zarówno loszki, jak i młode zupełnie jednak straciły chęć do życia. Tę rasę można hodować wyłącznie na wolnym wybiegu. Gdy słyszy się o zamkniętych hodowlach mangalicy, to mogą to być jedynie odmiany krzyżowane, np. z rasą duroc, a my trzymamy zwierzęta czyste rasowo.

- Wprowadzenie pełnych wymogów bioasekuracji w naszym przypadku oznaczałoby zniszczenie hodowli, a my nie zamierzamy się poddawać, bo za dużo czasu, sił i pieniędzy włożyliśmy w jej uruchomienie - uważa Marek Fronczak.

- Chronimy się jednak, jak to tylko możliwe w naszych warunkach. Gospodarstwo z trzech stron otaczają posesje sąsiadów, ale po drugiej stronie drogi jest już las. Rozwieszamy wokół pojemniki z substancjami odstraszającymi dzikie zwierzęta, nie wpuszczamy obcych osób ani żadnych pojazdów na nasz teren, rozłożyliśmy maty dezynfekcyjne i zbudowaliśmy dodatkowe ogrodzenia. Wcześniej w żywieniu świń oprócz pasz zbożowych używaliśmy zielonki, kiszonki, czasem owoców, parowanych ziemniaków czy odpadków z piekarni. Ze względów bezpieczeństwa musieliśmy jednak przejść na pasze pełnoporcjowe, choć traci na tym jakość mięsa. Największym wyzwaniem stało się jednak zaopatrzenie w słomę do ścielenia legowisk. Objeżdżamy gospodarstwa i szukamy starej słomy, nawet takiej pociętej przez myszy, by mieć minimum gwarancji, że będzie bezpieczna.

- Najbardziej w tym irytuje fakt, że wciąż nie możemy liczyć na wsparcie, choć zwalczanie ASF należy przecież do obowiązków państwa. W innych regionach hodowcy dostają pieniądze choćby na płoty, a u nas wojewoda wciąż nie może podjąć decyzji o uruchomieniu pomocy, choć zapowietrzonych i zagrożonych stref wciąż przybywa. Co ciekawe, naszą hodowlę wciąż chcą wizytować jakieś zagraniczne delegacje, jakby polscy urzędnicy zupełnie zapomnieli o problemie ASF.

OBLĘŻONA TWIERDZA

- Nasze świnie są zdrowe, więc mamy prawo je sprzedawać czy ubijać. Problem jednak w tym, że nasze prawa istnieją w teorii - uważa Marek Fronczak. - Ta sytuacja przywołuje na myśl oblężoną twierdzę. Dla nas wróg to wirus, który czai się za płotem. Dla naszego państwa to chyba my jesteśmy wrogiem, bo najwyraźniej czeka, aż się poddamy odcięci od dostępu do rynku.

- Ze sprzedaży prosiąt zrezygnowaliśmy, bo procedury związane z przemieszczaniem zwierząt skutecznie nas blokują - wyjaśnia hodowca spod Legionowa. - Sprzedaż tuczników to też niełatwe zadanie. Każda transakcja oznacza konieczność pobrania i przebadania kilkudziesięciu próbek. Wyniki są ważne przez 15 dni od daty pobrania, ale otrzymujemy je 8 dni przed tym terminem. W dodatku do niedawna ubojnię mieliśmy w białej strefie, więc ubój świń zależał również od decyzji lekarza powiatowego, na którą też trzeba czekać.

- W naszym przypadku to ogromne utrudnienie, bo nie handlujemy typowym tucznikiem - dodaje nasz rozmówca. - Zgłaszało się do nas wielu odbiorców z zagranicy, bo mięso mangalicy uznawane jest na Zachodzie za rarytas, lecz zbyt mięsa za granicę stał się niemożliwy. Już w maju ub.r. zarejestrowaliśmy rolniczą sprzedaż detaliczną, ale nie mogliśmy ruszyć z przetwórstwem do jesieni, bo urzędnicy nie byli w stanie rozstrzygnąć obowiązujących w tej kwestii przepisów: ani skarbowych, ani sanitarno-weterynaryjnych. Dopiero w grudniu ubiliśmy i przerobiliśmy kilka świń i na tym nasza działalność się skończyła.

W efekcie stado Fronczaków powiększyło się już do ponad 120 sztuk, choć z założenia miało liczyć kilkadziesiąt. Hodowcy skazani są wyłącznie na tucz zwierząt. Wszystkie knurki są obecnie kastrowane. Wkrótce jednak zabraknie miejsca na kolejne zagrody dla świń, bo wybieg ma ograniczoną powierzchnię. Całe gospodarstwo dysponuje areałem mierzącym niespełna 1 ha.

- Koszty, jakie ponosimy, drastycznie rosną, tymczasem możliwości zbytu maleją. Zostaliśmy kompletnie zblokowani. Na całym świecie hodowla mangalicy jest intratnym biznesem, a my ponosimy straty - ubolewa Marcin Fronczak.

W Polsce zapłacić trzeba ok.10 zł za kilogram żywej wagi tucznika rasy mangalica. Za największy przysmak na świecie uznawana jest słonina z mangalicy, nazywana "białą szynką". Na Węgrzech kilogram tego wyrobu kosztuje równowartość 40 zł. Z uwagi na specyfikę hodowli rolnicy spod Legionowa nie muszą się jeszcze martwić przerastaniem świń. Tucz do wagi 120 kg trwa w przypadku mangalicy około roku, ale waga 150 kg nie jest żadnym problemem przy zbycie. Rośnie przecież tak pożądana przez klientów warstwa tłuszczu.

Nie znaczy to jednak, że hodowcy nie mają powodów do zmartwień. Wciąż szukają bowiem odpowiedzi na zasadnicze pytania: komu, gdzie i jak sprzedać swoje świnie tak, by na tym nie stracić? Czy i kiedy powróci normalność i czy hodowla przetrwa te trudne czasy?

 

Artykuł ukazał się w lipcowym numerze miesięcznika "Farmer"
×