Wydruk strony Farmer.pl - portal nowoczesnego rolnika

„Sezon ASF” po raz piąty

Autor:

Dodano:

O przebiegu tegorocznego sezonu ognisk ASF, perspektywach na opracowanie szczepionki i realiach produkcji trzody w dobie pomoru rozmawiamy z profesorem Zygmuntem Pejsakiem z Uniwersyteckiego Centrum Medycyny Weterynaryjnej UJ-UR w Krakowie.

„Farmer”: Jak ocenia Pan przebieg tegorocznego „sezonu ASF” w naszym kraju?

Prof. Zygmunt Pejsak: Patrząc na liczbę przypadków ASF u dzików, która jest rekordowa, obawiałem się, że liczba ognisk będzie większa od stwierdzonej. Gdyby nie duża liczba ognisk na Lubelszczyźnie, można by stwierdzić, że hodowcy i producenci świń w znacznym stopniu opanowali „sztukę” obrony przed ASF. Na Lubelszczyźnie ASF potwierdzano przede wszystkim w regionach, w których gęstość gospodarstw – z reguły drobnotowarowych – jest wysoka.
W południowej części województwa ok. 90 proc. chlewni to gospodarstwa drobnotowarowe; w niektórych gminach odległość między chlewniami nie przekracza kilkuset metrów. ASF stwierdzano przede wszystkim na obszarach występowania wirusa w środowisku naturalnym. W tym aspekcie ważne są także powiązania rodzinne/socjalne między właścicielami chlewni. Jeżeli dodamy do tego nie zawsze właściwe wdrożenie zasad bioasekuracji, sprawa staje się jasna. Jeżeli błędy popełniane są w regionie, gdzie nie ma w środowisku wirusa ASF, ryzyko jest małe lub nieistotne, ale jeżeli popełniane są tam, gdzie mamy setki przypadków ASF wśród dzików, sprawa przedstawia się inaczej.
Jedno jest pewne – aby doszło do wybuchu ogniska ASF, wirus musi być wprowadzony do stada. Pewnie wielu się narażam, ale uważam, że w ogromnej większości przypadków winę za wprowadzenie wirusa do stada ponosi człowiek, nawet wtedy, gdy wjeżdża ciągnikiem bezpośrednio z pola na podwórko, na którym zlokalizowana jest chlewnia, czy też wchodzi do chlewni, nie zmieniając butów, ubrania roboczego, w których chodził wcześniej po polu lub lesie.
Z drugiej jednak strony, czy właściciel gospodarstwa odpowiada za to, że w pobliskim lesie lub na jego polu leżą dziki padłe z powodu ASF? Z pewnością nie.

A jak ocenia Pan sytuację na zachodzie kraju?

To, że nie mamy dużej liczby ognisk w woj. lubuskim, gdzie liczba przypadków jest wysoka – ok. 750, wynika prawdopodobnie z liczby chlewni w tym województwie. W woj. dolnośląskim liczba przypadków jest niska, podobnie jak liczba dzików; niewielka jest też liczba gospodarstw utrzymujących świnie, stąd tylko jedno incydentalne ognisko ASF.

Bardzo dobrze bronią się producenci świń w Wielkopolsce. Mimo ponad 170 przypadków u dzików, stwierdzono tam tylko kilka ognisk, z czego jedno z nich można połączyć epizootycznie z ogniskiem w województwie lubuskim. Wielkopolska uwidacznia, jak duże znaczenie w szerzeniu się ASF odgrywa struktura produkcji. Niemniej chciałbym podkreślić, że jeżeli nie opanujemy w tym regionie Polski problemu ASF wśród dzików, to w przyszłym roku sytuacja może się wyraźnie pogorszyć. Pamiętajmy – im więcej przypadków ASF u dzików, tym więcej wirusa w środowisku i tym większe zagrożenie dla producentów świń.

Na pewno na słowa pochwały zasługują producenci świń. Tak jak inspekcja nie może odpowiadać za błędy popełniane przez producentów, tak przede wszystkim zasługą rolników jest właściwe zabezpieczenie obiektu. Inspekcja jest tylko organem kontrolnym i doradczym w zakresie wdrażania bezpieczeństwa biologicznego. Na pewno im mądrzej kontroluje, a przede wszystkim im więcej czasu poświęca na uświadomienie hodowcom świń, czym jest bioasekuracja, tym jest lepiej. Niestety za upowszechnianie wiedzy na temat celów i zasad bioasekuracji odpowiada głównie inspekcja weterynaryjna. W moim przekonaniu najważniejszym zagadnieniem jest uświadomienie producentom świń przez samych hodowców, że bioasekuracja jest świetnym orężem w walce z ASF, a nie wymysłem inspekcji czy naukowców. Chciałbym podkreślić: bioasekuracji nie robimy dla PLW, ARiMRU czy lekarza weterynarii obsługującego chlewnię. Bioasekurację robimy dla siebie. Pieniądze wydane na ten cel są najlepszą inwestycją.

Czy wielkopolski łańcuch produkcji wieprzowiny jest w stanie funkcjonować przez dłuższy czas w strefie niebieskiej, jeśli jej zasięg poszerzyłby się i był utrzymany przez dłuższy czas?

Mam nadzieję, że strefy niebieskie w Wielkopolsce szybko znikną. Sprzyjać temu powinna pora roku, tym samym pytanie przestanie być aktualne. Funkcjonowanie w obszarze zagrożenia w dłuższej perspektywie jest dewastujące i dlatego administracja weterynaryjna musi na bieżąco analizować sytuację epizootyczną na takim terenie i najszybciej jak to możliwe dążyć do zniesienia strefy niebieskiej.

A jak ocenia Pan sytuację w Polsce na tle innych krajów Europy borykających się z ASF? 

Biorąc pod uwagę szereg czynników – przede wszystkim wielkość naszego kraju, liczbę gospodarstw, strukturę chowu świń, liczbę dzików i inne uwarunkowania – uważam, że z ASF wśród świń radzimy sobie relatywnie dobrze. Znam dobrze sytuację w Rumunii i Bułgarii. U nas sytuacja jest nieporównywalnie lepsza. Czechom czy Belgom udało się, żeby nie dopuścić do „ucieczki” wirusa z pierwotnego ogniska. Ten, komu się to udaje, zawsze wygrywa.

Na pewno powinniśmy być bardziej skuteczni przede wszystkim w ograniczaniu populacji dzików, szczególnie w rejonach jeszcze nie objętych „świeżym zakażeniem”. Dzisiaj, inaczej niż 7 lat temu, wiemy, co i jak powinno być robione w tym zakresie.

Efektywny, bezpieczny z epidemiologicznego punktu widzenia intensywny odstrzał dzików wymaga dużej dyscypliny i stosownej strategii. Zadanie to powinno być koordynowane przez dobrze wyszkolonych, znających zasady ekspertów.

Wiemy, że nie należy strzelać tam, gdzie ASF wśród dzików już jest, natomiast intensywnie należy strzelać w promieniu przynajmniej 50 km wokół nowych przypadków ASF. Jednak, przede wszystkim nie możemy ulegać presji ludzi, których nie wzrusza wybijanie stada liczącego 20 000 świń, w tym jednodniowych prosiąt i karmiących prosięta matek, a bardzo boli bezwzględnie konieczna poważna redukcja pogłowia dzików.

Słusznie zauważył Pan, że nastawienie społeczeństwa, przede wszystkim zaś szkodliwa działalność środowisk prozwierzęcych, sprawia, że jak do tej pory żadna ekipa rządząca nie podjęła zdecydowanych działań w kierunku znaczącej redukcji pogłowia dzików. W jaki sposób to zmienić?

Tak, jak to robi policja w stosunku do tych, którzy notorycznie nie przestrzegają przepisów drogowych, nakłaniając „recydywistów” do oglądania filmów z wypadków drogowych, powinno się nakręcić film z likwidacji – z powodu ASF – stada świń. Takie nagranie powinno się pokazywać „obrońcom zwierząt”, aby zrozumieli konsekwencje wynikające z szerzącego się w zbyt licznej populacji dzików ASF. Po pierwsze myślę, że część tzw. obrońców zwierząt nie byłaby w stanie do końca obejrzeć takiego filmu, a po drugie może zrozumieliby, że zabicie karmiącej 14 prosiąt lub ciężarnej lochy jest okrucieństwem znacznie większym niż odstrzelenie samicy „przelatka” dzika, który jako gatunek jest prawnie uznany za zwierzę łowne, czyli dokonuje się ich zabijania, tylko w innej formie. Wiem, że z wielu względów jest to niemożliwe, ale nie znam innego sposobu dotarcia do ludzi, których nie obchodzi los nie tylko producentów i hodowców świń, lecz także zabijanych z powodu ASF zwierząt, które mogłyby jeszcze żyć, a potem być z poszanowaniem dobrostanu zagospodarowane jako nasz pokarm, a nie utylizowane w zakładach utylizacyjnych, co jest olbrzymim marnotrawstwem.
Od kwietnia obserwujemy w naszym kraju duży spadek liczby nowych przypadków ASF – na nieco ponad 3 tys. przypadków, blisko 2 tys. potwierdzono od stycznia do końca marca.

Czy Pana zdaniem jest to efekt realnych działań podjętych przez służby, czynników sezonowych czy raczej mniejszej liczby odstrzałów i mniej intensywnego poszukiwania truchła w związku z pandemią COVID-19?

Sądzę, że zmniejszenie się od kwietnia liczby „dodatnich” pod względem ASF dzików wynika przede wszystkim z dwóch faktów. Pierwszy to ten związany z ujawnieniem się po zimie wielu padłych w tym czasie dzików; zazwyczaj w lutym, marcu i kwietniu znajduje się najwięcej padłych w czasie zimy dzików. Po drugie, faktycznie COVID-19 oraz krótkotrwały, ale raptownie wprowadzony zakaz wstępu do lasów uniemożliwiły czy może istotnie ograniczyły możliwość odstrzału dzików lub wykrywania ich zwłok. Jestem pewien, że nikt nie jest w stanie podać realnego stanu pogłowia dzików w Polsce. Wydaje się, że jest ich obecnie więcej niż w podawanych oficjalnie danych. Niestety, obiektywnych, precyzyjnych danych odnośnie ich liczby chyba nie ma.

W ostatniej rozmowie z Pawłem Wróblem, ekspert zwrócił uwagę na to, że brak wystarczającej redukcji pogłowia dzików zwiększa ryzyko wytworzenia odporności populacji, czyli powstania osobników, które będą mogły przenosić chorobę na duże odległości przez długi czas. Czy zgadza się Pan z tą tezą?

Przedstawione przez wymienionego eksperta zjawisko znane jest w odniesieniu do większości chorób zakaźnych. W przypadku ASF, mimo stwierdzania tej choroby w naszym kraju od ponad 7 lat, a na wschodzie Europy jeszcze wcześniej, nie zauważa się problemu narastania odporności populacyjnej na zakażenie wirusem ASF.

Powyższe wynika z faktu, że zainfekowane wirusem ASF dziki, podobnie jak świnie, nie wytwarzają swoistej odporności przeciwzakaźnej. Powstające po infekcji przeciwciała są wykrywane za pomocą stosownych testów, ale nie odgrywają żadnego znaczenia w budowaniu odporności – jednym słowem nie są w stanie zneutralizować wirusa (nie są to tak zwane przeciwciała neutralizujące). Według najnowszych danych EFSA na Litwie i w Estonii wykazano, że dziki, które przeżyły ASF, ponownie chorowały po kolejnym zakażeniu. Niezdolność dzików i świń do wytwarzania odporności pozakaźnej uwidacznia się w postaci ogromnych trudności w opracowaniu w pełni skutecznej szczepionki.

Co jakiś czas docierają do nas doniesienia na temat opracowania rzekomo skutecznej szczepionki przeciw ASF. Każdorazowo okazuje się jednak, że nawet w razie potwierdzenia jej działania nie będzie ona mogła być wykorzystana w krajach UE. Jakie warunki musi spełnić zatem szczepionka, aby mogła być dopuszczona do zastosowania w ochronie stad świń w Unii?

Musi być nieszkodliwa, w pełni skuteczna i co ważne – tak skonstruowana, by można było odróżnić zwierzęta szczepione od zakażonych (tak zwana szczepionka delecyjna, tego typu szczepionkę stosowaliśmy w programie zwalczania choroby Aujeszkyego).

Zakładając, że uda się opracować szczepionkę, w jakiej formie musiałaby być ona podana dzikom, aby osiągnąć odporność populacji? Czy odporność ta byłaby równoznaczna z zaprzestaniem przenoszenia wirusa?

Szczepionka powinna być u dzików podawana doustnie. I to nie w sposób, w jaki np. szczepimy lisy przeciwko wściekliźnie, rozrzucając szczepionkę z samolotów. W przypadku dzików szczepionka musi być zakopywana na odpowiednią głębokość pod ściółkę; na inną głębokość, jeżeli chodzi o dziki młode, a na inną, jeżeli chodzi o dziki „starsze”. Niemcy przećwiczyli ten sposób podawania szczepionki dzikom przy zwalczaniu pomoru klasycznego świń. Było to olbrzymie przedsięwzięcie praktyczne i logistyczne. Zazwyczaj szczepionki nie chronią przed zakażeniem, tylko przed skutkami zakażenia. Na pewno stosowanie szczepień w sposób istotny ograniczyłoby siewstwo (przenoszenie) wirusa.

Mówiąc o szczepionce, należy pamiętać o tym, że najprawdopodobniej tak, jak to miało miejsce w przypadku klasycznego pomoru świń czy też choroby Aujeszkyego u świń, wprowadzenie szczepionki do immunizacji świń wskazywałoby, że kraj nie potrafi sobie poradzić ze zwalczaniem choroby drogą administracyjną. W takim przypadku najprawdopodobniej kraj traktowany by był tak, jak kraj dotknięty chorobą.

Wróćmy jeszcze do tematu produkcji trzody w dobie ASF: czy to nie czas, by zacząć działać radykalnie – zweryfikować i ewentualnie zmienić krajową strategię zwalczania tej choroby?

Strategia jest od kilku lat znana, konieczna jest determinacja w realizacji i realna, a nie deklaratywna współpraca wszystkich zainteresowanych stron. Na pewno niezbędne są bardzo duże środki i siły na konsekwentną, długotrwałą realizację znanej strategii. Problemem jest też zmiana nastawienia społeczeństwa do problemu zwalczania ASF w populacji dzików.

Co z ideą kompartmentalizacji? Kilka lat temu dość głośno mówiło się na ten temat, natomiast idea ta nie weszła w życie. Czy jest to dobry pomysł na ratowanie krajowej produkcji trzody?

Należy o tym rozmawiać i przekonywać Unię do zasadności tej strategii. Póki co część krajów Unii mocno korzysta na ASF w skali Europy i świata. Światowa Organizacja Zdrowia Zwierząt (OIE) ideę kompartmentalizacji uznaje. Aby strategia ta była do przyjęcia, musimy się do tego solidnie przygotować. Należy jednak pamiętać, że kompartmentalizacja wymaga silnej integracji całego łańcucha produkcyjnego w sektorze wieprzowym. Tu nie ma miejsca na przypadkowe np. zakupy paszy, zwierząt czy usługi. Ponadto to, czy o strategii tej w skali Europy będziemy rozmawiać na poważnie, zależy od rozwoju sytuacji epidemiologicznej w zakresie tej choroby w Europie.

Co z utrzymywaniem świń na wolnym wybiegu na terenach dotkniętych ASF? Czy przy ogromnej presji wirusa w środowisku działanie takie nie jest proszeniem się o kłopoty?

Rozumiejąc problemy pewnej grupy hodowców, uważam, że w aktualnej sytuacji nie powinniśmy iść w tym kierunku; chociaż póki co przepisy unijne tego jednoznacznie nie zabraniają.

Czy odmowa wypłaty odszkodowania dużym gospodarstwom, profesjonalnym fermom, w sytuacji, gdy decyzja opiera się na drobnym szczególe bioasekuracji, to dobry kierunek?

Myślę, że regulacje prawne dotyczą wszystkich. Wszyscy powinni być traktowani tak samo – zgodnie z obowiązującym prawem. Ważny jest też zdrowy rozsądek.

Dziękujemy za rozmowę.

×