• Produkcja energii z wiatru jest trzy razy tańsza niż w konwencjonalnych elektrowniach.
  • Z wyliczeń Instytutu Jagiellońskiego wynika, że gdyby w Polsce nie było farm wiatrowych, to w 2021 r. średnia roczna cena energii byłaby wyższa o 40% (561 zł za MWh zamiast 398 zł).
  • W Turcji w ostatnim roku wiatr i słońce pozwoliły zaoszczędzić nawet 7 mld dolarów, które inaczej musiałyby zostać wydane na import paliw kopalnych.

Większa niezależność energetyczna polski w zasięgu ręki

Zbliża się okres, w którym generowanie energii z wiatru przewyższa moc produkowaną z promieni słonecznych. W szczytowych momentach ubiegłej zimy turbiny produkowały nawet 6646 MWh i 6718 MWh – tak było 29 stycznia i 16 lutego 2022 r.

Dla porównania, w tych samych dniach fotowoltaika wygenerowała „zaledwie” 3400 MWh i 1487 MWh. W Europie w 2021 r. energia wiatrowa i słoneczna osiągnęły kolejny rekord generowanej mocy (547 TWh) – po raz pierwszy było to więcej niż w przypadku gazu (524 TWh). Farmy wiatrowe mogą więc pomóc nie tylko obniżać koszty energii, ale też zwiększać niezależność energetyczną kraju.

Polska wciąż ze zbyt restrykcyjnym prawem blokującym inwestycje wiatrowe

W latach 2007-2016 energetyka wiatrowa notowała wzrosty generowanej mocy średnio o 47% rocznie. Jednak rozwój ten od roku 2017 zahamował, m.in. z powodu wprowadzenia tak zwanej zasady 10H.

Zgodnie z nią nowe turbiny wiatrowe można budować w odległości co najmniej 10-krotnie większej od wysokości wiatraka z łopatami, czyli 1,5-2 km od zabudowań mieszkalnych.

Wykluczyło to inwestycje na ok. 98% powierzchni Polski i ograniczyło całkowitą moc zainstalowaną do ok. 10 GW. Warto zaznaczyć, że według celów klimatycznych Europy, Polska do 2030 roku powinna osiągnąć 17-27 GW lądowej mocy wiatrowej.

Przepisy dotyczące wiatraków są zbyt restrykcyjne

– Polska ma jedne z najbardziej restrykcyjnych przepisów dotyczących energetyki wiatrowej w UE. Nowelizacja ustawy dotyczącej farm wiatrowych jest potrzebna jak najszybciej, aby pomóc chronić polski rynek i gospodarkę przed szokowymi podwyżkami cen energii. Rząd pracuje nad zmianami, które mają skrócić odległość farm od budynków mieszkalnych i zabudowań do 500 metrów. Proces legislacyjny wciąż się jednak opóźnia – mówi Mariusz Łoboda, menedżer produktu w firmie Eaton.

Nowelizacja liberalizująca zasadę 10H do 500 m zagrożona?

Jak podaje Polskie Stowarzyszenie Energetyki Wiatrowej (PSEW) każda ingerencja w szeroko konsultowane i zaakceptowane przez stronę rządową i samorządową 500 metrów w ustawie odległościowej oznacza de facto dalsze blokowanie energetyki wiatrowej na lądzie. Tylko 500 m zagwarantuje nowe megawaty wiatru już w ciągu 2 lat, a w kolejnych latach potencjał energetyki wiatrowej na lądzie wynosi nawet do 22 GW.

Nowelizacja ustawy odległościowej, która zakłada liberalizację zasady 10H do 500 metrów pozwala na ponad 25-krotne zwiększenie dostępności terenów pod inwestycje wiatrowe.

Zdaniem ekspertów PSEW bez 500 metrów ustawa wiatrakowa będzie tylko bublem – przez 10 lat nie powstanie żadna nowa farma wiatrowa

Jednak każda ingerencja w odległość minimalną oznacza dalsze blokowanie energetyki wiatrowej na lądzie. Przygotowany przez rząd zapis 500 metrów umożliwi rozwój całkiem nowych inwestycji, pozwoli też na kontynuację projektów rozpoczętych przed wejściem w życie ustawy odległościowej – tych, które mają uchwalony plan zagospodarowania przestrzennego. To sprawi, że już w perspektywie 2-3 lat popłyną pierwsze megawaty energii z wiatru na lądzie.

Jak wynika z analiz Instytutu Energetyki Odnawialnej, odległość 500 m zagwarantuje nowe GW z wiatru już w ciągu 2 lat, a w kolejnych latach potencjał energetyki wiatrowej na lądzie wyniesie nawet do 22 GW. Zmiana odległości na 1000 metrów oznacza nawet do pięciu razy mniej energii z wiatru w systemie.

Odejście od zasady 500 m oznacza istotne zmniejszenie możliwości inwestycyjnych w nowe źródła wiatrowe – każdy metr zwiększenia tej odległości to nieproporcjonalnie większe ograniczenie potencjalnych lokalizacji – to oznacza brak możliwości budowy silnego polskiego przemysłu, nowych, innowacyjnych miejsc pracy, a także oznacza dalsze uzależnienie polskiej energetyki od importu paliw – mówi Janusz Gajowiecki, prezes Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej.

Wraca problem z surowcami przez wojnę w Ukrainie

Od 2020 roku dynamicznie zmienia się sytuacja na rynku surowców, takich jak aluminium czy miedź. Pandemia COVID-19 zatrzymała produkcję w fabrykach nawet na kilkanaście tygodni, co doprowadziło do niedoboru surowców na rynku. W 2021 roku fabryki wznowiły produkcję, a firmy – wstrzymane projekty.

Jednak w lutym tego roku sytuacja znów się zmieniła w związku z inwazją Rosji na Ukrainę, gdzie znajdują się duże zakłady produkujące miedź i aluminium. Brak dostaw z tego kraju wpłynął na deficyt materiałów i wydłużanie się produkcji m.in. komponentów elektrycznych, które są stosowane przy budowie farm fotowoltaicznych i wiatrowych.

Choć rynek OZE nadal szybko się rozwija, braki paneli fotowoltaicznych, rozdzielnic czy stacji kontenerowych opóźniają realizacje inwestycji w farmy.

– Inwestorzy mają podpisane umowy na wykonanie farm w określonym czasie. Jeśli nie wywiążą się z umowy, mogą ich czekać konsekwencje, takie jak odebranie dofinansowań państwowych czy z Unii Europejskiej. Zapotrzebowanie jest ogromne, a tylko nieliczne firmy są w stanie produkować i dostarczać urządzenia zgodnie z rynkowym popytem. Aby luka dostępności materiałów została wypełniona, wiele firm zaczęło poszukiwania surowców na innych międzykontynentalnych rynkach. Sytuacja ta mocno jednak wpływa na wzrost cen. Trend przechodzenia na energię odnawialną oraz ciągle toczące się aukcje OZE będą jednak napędzały rozwój farm, mimo problemów z surowcami – twierdzi Mariusz Łoboda.