Nim Polacy nosić zaczęli maseczki mające chronić przed koronawirusem, coraz większą popularnością, szczególnie w dużych aglomeracjach, cieszyć poczynały się maski antysmogowe. Kolejne miasta w Polsce wprowadzały lub zapowiadały uchwały antysmogowe. Walka ze smogiem to ograniczanie zanieczyszczenia powietrza m.in. przez zastępowanie pieców węglowych bardziej ekologicznymi źródłami energii. Dążenia samorządów wspiera rządowy program „Czyste powietrze”, z którego można uzyskać dofinansowanie na termomodernizację budynków, podłączenie do sieci gazowej czy instalację odnawialnych źródeł energii. Na fali tej „grzewczej rewolucji” odżyła dyskusja na temat wykorzystania pelletu ze słomy jako paliwa ekologicznych kotłów.

Walory słomy
Racji przemawiających za tym rozwiązaniem jest wiele. Niewykorzystanej słomy mamy dużo, w odróżnieniu np. do liczby słonecznych dni w ciągu roku. Słoma to paliwo tanie i pochodzące z w pełni odnawialnych źródeł. Wytwarzany ze sprasowanej pod ciśnieniem słomy granulat ma bardzo wysoką kaloryczność, a po spaleniu pozostaje niewielka ilość popiołu, który można wykorzystać jako nawóz naturalny. I co najważniejsze, emitowana podczas spalania ilość dwutlenku węgla jest mniejsza nawet od ilości gazu przetworzonego podczas wzrostu rośliny.
Wszystko to sprawia, że kotły na pellet z biomasy od wielu lat cieszą się rosnąca popularnością w europejskich krajach znanych z dbałości o środowisko, takich jak Austria, Szwecja czy Dania. Wyrazem ich poparcia dla tego źródła energii są preferencyjne stawki VAT na pellet, by zachęcić obywateli do korzystania z tego paliwa. Dlaczego Polska ze swoim dużym niewykorzystanym potencjałem nie miałaby do nich dołączyć?
W Polsce już przed dekadą branża pelletu agro była najprężniej rozwijającą się częścią rynku OZE. Jej potęgę budowali przede wszystkim rolnicy, którzy z unijnym dofinansowaniem kupowali maszyny do zbioru słomy i w ramach dywersyfikacji dochodów uruchamiali pelleciarnie. Namawiali ich do takich inwestycji doradcy z ODR, urzędnicy z ARiMR, samorządowcy. Zachęcały też do nich elektrownie, zapewniając zbyt i godziwą zapłatę, bo pellet z biomasy miał obniżyć im emisję CO₂, a więc i płacone z tej racji kary.


Słomiany zapał
Rolnicy, którzy pellet produkować zaczęli, szybko jednak swoich decyzji żałowali.
– Uruchomiłem swoją pelleciarnię w 2011 r. z unijnym dofinansowaniem, co zmuszało mnie do utrzymania produkcji przez 5 lat. Przerabiałem ok. 30 tysięcy balotów słomy. Tymczasem już po roku zaczęły się problemy ze zbytem – wspomina rolnik, właściciel pelleciarni z okolic Łasku w woj. łódzkim. – Elektrownia Bełchatów, podobnie jak inne elektrownie w kraju, straciła zainteresowanie rodzimym pelletem, bo wolała kupować łuski słonecznika z Ukrainy czy Kazachstanu albo łupiny kokosów z Afryki. Doszło do tego, że zapłaciłem za zamówioną u okolicznych rolników słomę, bo nie mógłbym sąsiadom spojrzeć w oczy, ale nie miałem komu sprzedawać pelletu. W 2013 r. powinienem ogłosić plajtę, ale utrzymywałem ten interes, bo musiałbym oddawać dotację. Kiedy tylko mogłem, zamknąłem ten biznes, sprzedałem, co się dało, i do dziś wychodzę z finansowego dołka. Nikomu takich przejść nie życzę.


Podobne perypetie stały się udziałem większości wytwórców słomianego pelletu. Rolnicy ponieśli niepowetowane straty, przedsiębiorcy bankrutowali. Tylko nielicznym udało się przestawić na produkcję pelletu drzewnego czy podkładu do hodowli drobiu. I choć zwykło się mawiać, że w biznesie nie ma miejsca na sentymenty, po takich doświadczeniach trudno o kredyt zaufania przedsiębiorców do tego kierunku produkcji.
Realia są dziś inne, system „zielonych certyfikatów” w energetyce zastąpił system aukcyjny. Wystarczy jednak krótki objazd gospodarstw wokół polskich elektrowni, by dowiedzieć się, że zainteresowanie słomą ze strony konwencjonalnych producentów energii jest żadne. Rośnie tymczasem opór ekologów dla samej idei współspalania biomasy i węgla jako sposobu na obniżenie emisji CO₂. Wystarczy również kilka telefonów do hurtowni oferujących kotły do spalania pelletu, by wyciągnąć wniosek, że zainteresowanie tym sposobem ogrzewania jest niewielkie. Ze świecą zaś szukać samorządów, które by postawiły na ogrzewanie szkół, przedszkoli czy hal sportowych z wykorzystaniem słomy.

Spalanie to spalanie
Jest też historia z życia wzięta. Pewna mieszkanka Łodzi w trakcie remontu mieszkania postanowiła zlikwidować stary piec kaflowy i zastąpić go kominkiem na pellet słomiany. Po lekturze fachowych artykułów z anglojęzycznych czasopism uznała, że to najbardziej efektywny i ekologiczny sposób, by ogrzać mieszkanie i zapewnić sobie ciepłą wodę użytkową. Gdy złożyła wniosek o dofinansowanie, które miasto obiecało rezygnującym z pieców węglowych, urzędniczka w magistracie odesłała ją z kwitkiem. Dlaczego? No bo w jej mniemaniu piec to piec, a spalanie to spalanie, więc gdzie tu ekologia. A o kotłach na pellet słomiany pani w okienku nie słyszała. Dopiero gdy obywatelka złożyła odwołanie, posiłkując się fachową prasą i przedstawiając poparte certyfikatami eko oświadczenie firmy, która jej kominek sprzedała – dofinansowanie wywalczyła.

Według oficjalnych danych UE jest światowym liderem w produkcji granulatu z biomasy, a popyt na pellet rośnie szybciej niż jego produkcja. Co ciekawe, z raportu opublikowanego przez European Pellet Council wynika, że Polska wymieniana jest wciąż wśród największych europejskich producentów pelletu, obok Belgii, Finlandii i Węgier. W latach 2017-2018 branża ta u nas odnotowała wzrost produkcji o 18 proc. Od końca 2017 r. do początku 2019 r. przybyło nam 10 nowych zakładów produkcyjnych. Chodzi tu jednak wciąż o pellet drzewny. Chciałoby się więc zapytać: dlaczego nie słomiany?▪