Przypomnijmy. 

Paulina i Emil Radziszewscy ze Skłodów-Przyrusów stracili trzyletniego syna. Teraz walczą o życie młodszej córki. Szukają patogennej bakterii, która doprowadziła do tragicznych wydarzeń. 

Antoś, niespełna trzyletni syn państwa Paulina i Emila Radziszewskich, odszedł w kilkadziesiąt godzin od momentu, w którym zasygnalizował, że źle się czuje. Zmarł wprowadzony w śpiączkę farmakologiczną w szpitalu w Białymstoku. Zanim jednak został przewieziony do tego szpitala, dramat rozgrywał się w innej placówce zdrowia – w szpitalu w Łapach. 

Chłopiec bardzo cierpiał. Po jego śmierci w pobranym materiale biologicznym znaleziono werotoksyny Eschericha coli. Zmarł w wyniku zespołu hemolityczno-mocznicowego, który wywołała wspomniana bakterii.

O życie walczy jego młodsza siostra, Amelka. Ma tę samą chorobę. Konsylium krajowych nefrologów wydaje zgodę na podanie jej bardzo drogiego leku. Od tamtej pory lekarze podają go Amelce wraz z osłoną antybiotykową. Co dwa tygodnie wraz z rodzicami stawia się w szpitalu. 

Lekarze z Białegostoku dopytywali rodziców nieżyjącego Antosia i walczącej o życie Amelki, czy gdzieś wyjeżdżali z dziećmi na wakacje nad wodę (jest lato 2021 r.). Przebieg choroby u ich maluchów był piorunujący, dlatego medycy nakazują szukać rzeczonej bakterii lub jej toksyn w otaczającym ich środowisku. Zastanawiają się, jakie jeszcze czynniki mogły wywołać rodzinny dramat? Sprawdzają i badają własne gospodarstwo. Nic. Lekarze dociekają dalej. W niewielkiej odległości od ich gospodarstwa (niespełna 200 m) jest prowadzony chów drobiu, kur, kaczek i gęsi i właśnie tam kierują ich doktorzy.

Czy to był celny strzał? Wspomniana ferma drobiu prowadzi chów ptaków w opinii rodziców Amelki niezgodnie z przepisami prawa, zarówno tymi, które definiują służby weterynaryjne, jak i gminne wskazujące na uwarunkowania środowiskowe. Rodzice dokumentują wszystko skrzętnie i informują o tym fakcie m.in. Głównego Lekarza Weterynarii, Inspektora Sanitarnego, Ochronę Środowiska i Nadzór Budowlany. Przypuszczają, że źródłem zakażenia ich dzieci była wskazana ferma. Dostarczają państwowym weterynarzom i inspektorom sanitarnym zdjęcia i filmy, na których widać, że padły drób nie był zabezpieczany i odpowiednio składowany w chłodniach, tylko leżał na stertach przed kurnikami przez długi czas. Ścieki z kurników były odprowadzane wprost na drogę gminną. Posadowienie techniczne kurników nie spełniało także wskazań z decyzji środowiskowej wydanej przez wójta gminy Nowe Piekuty. Co więcej, padły drób był składowany i zakopywany w pobliskim lesie. Dochodzi do kontroli fermy drobiu. Inspektor Sanitarny z Wysokiego Mazowieckiego oraz Nadzór Budowlany w tym powiatowym mieście nie widzą powyższych nieprawidłowości mimo dostarczonej im dokumentacji zdjęciowej i filmowej. Inspekcja Sanitarna zbadała jedynie wodę w wiejskim wodociągu, w której nie znaleziono bakterii Escherichia coli i jej toksyn, stwierdziła zatem, że nie ma tutaj dalej nic do roboty. Powiatowy Lekarz Weterynarii po kontroli fermy stwierdził niewielkie uchybienia, które polecił usunąć. Dopatrzył się jedynie: braku spójności i ciągłości w prowadzonych zapisach i procedurach czyszczenia i dezynfekcji pomieszczeń magazynowych i kurników, braku oznakowania kontenera chłodni do przechowywania ubocznych produktów, braku zdawania padłego drobiu oraz braku aktualnego badania wody z własnego ujęcia. 

Od emisji reportażu niewiele się zmieniło. Padły drób nadal leży w lesie w kilku wyrobiskach, weterynaria nie zabezpieczyła tych miejsc, nie mówiąc o jego usunięciu. Urzędy państwowe nadal nie działają wspólnie i nie pomagają w znalezieniu przyczyn śmierci syna państwa Radziszewskich i choroby ich córki. 

Iwona Dyba, redaktor naczelna farmer.pl oraz Radosław Iwański, redaktor naczelny miesięcznika Farmer komentują zaistniałą sytuację.