Gdy w kwietniu 2017 roku rząd Zjednoczonej Prawicy zdecydował o powołaniu Pełnomocnika Rządu do spraw organizacji struktur administracji publicznej właściwych w zakresie bezpieczeństwa żywności w rolnictwie oraz w przetwórstwie rolno-spożywczym pojawiła się na nadzieja na ułatwienie obsługi urzędowej produkcji rolnej oraz produkcji żywności. Nadzieje były wielkie, a w końcu wyszło – jak zawsze – czyli po polskiemu.

Rolnicy czekają na jedną inspekcję ds. bezpieczeństwa żywności

Potrzeba powołania w Polsce jednej inspekcji ds. bezpieczeństwa żywności była i wciąż jest zgłaszana przez rolników, przez organizacje rolnicze oraz zrzeszenia przetwórców żywności. Mało kto pamięta, kiedy ten pomysł się narodził i kto go zgłosił. Dla porządku należy podać, że pierwszy poważny pomysł pojawił się w związku ze staraniami Polski o przyjęcie jej do Unii Europejskiej (UE), a więc lekko licząc to już prawie 20 lat. 

Potrzeba rzeczywistej reorganizacji polskiego systemu bezpieczeństwa żywności nabrała znaczenia, gdy zostało przyjęte w UE rozporządzenie (WE) nr 882/2004 Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 29 kwietnia 2004 roku w sprawie kontroli urzędowych przeprowadzanych w celu sprawdzenia zgodności z prawem paszowym i żywnościowym oraz regułami dotyczącymi zdrowia zwierząt i dobrostanu zwierząt. Został więc wyznaczony azymut kompetencyjny, dający również wskazówki do kierunku zorganizowania nowoczesnego organu (inspekcji, agencji) kontroli i nadzoru bezpieczeństwa żywności.

Kto w Polsce odpowiada za bezpieczeństwo żywności?

W Polsce urzędową kontrolę żywności realizowało (i dalej wykonuje) 5 organów: Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych (IJHARS), Państwowa Inspekcja Ochrony Roślin i Nasiennictwa (PIORiN), Inspekcja Weterynaryjna (IW), Państwowa Inspekcja Sanitarna (PIS), Inspekcja Handlowa (Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów) (IH) oraz w ograniczonym zakresie Inspekcja Ochrony Środowiska (dotyczącym kontroli stosowania oraz składowania nawozów).

Od tamtego czasu w Polsce liderzy różnych partii politycznych obiecywali producentom żywności (rolnikom i zakładom przetwórczym) korzystną zmianę w tym obszarze. Czas płynął, zostały przedstawione pomysły legislacyjne, ale z jakiegoś powodu każdemu kolejnemu rządowi na drodze stawało słynne „coś tam, gdzieś tam”, o czym mowa jest dalej.

Reforma modelu urzędowej kontroli żywności

Nadzieja pojawiła się w 2015 roku, kiedy to koalicja Zjednoczonej Prawicy postawiła sobie niemal za honor reformę modelu urzędowej kontroli żywności. Ruszyli z przysłowiowego kopyta. Pierwszy ważny krok, dający nadzieję na lepsze, został poczyniony po półtora roku od wyniku wyborów. Rada Ministrów, 12 kwietnia 2017, roku przyjęła rozporządzenie w sprawie ustanowienia Pełnomocnika Rządu do spraw organizacji struktur administracji publicznej właściwych w zakresie bezpieczeństwa żywności. Został nim lekarz, specjalista chirurgii ogólnej Jarosław Pinkas, były wiceminister zdrowia (który w czasie pandemii SARS-Cov-2, będąc Głównym Inspektorem Sanitarnym zasłynął propozycją dla polityków wkładania lodu w majtki, a dla Polaków propozycją robienia przez nich maseczek z biustonoszy). Niezależnie od osoby, która nie była i nie jest specjalistą w dziedzinie bezpieczeństwa żywności, sprawa ewidentnie nabrała powagi i znaczenia. Dlaczego? Otóż 29 czerwca 2017 roku do laski marszałkowskiej wpłynął rządowy (premierem była Beata Szydło, a ministrem rolnictwa Krzysztof Jurgiel) projekt ustawy o Państwowej Inspekcji Bezpieczeństwa Żywności (druk sejmowy numer 1685). Ruszyły prace i rozbudziły się nadzieje. Z kolei w sejmie, w ramach Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi, została powołana Podkomisja stała do spraw utworzenia Urzędu Bezpieczeństwa Żywności. 

Dobrą stroną tego procesu legislacyjnego była rzeczowa i fachowa dyskusja, która – ku zaskoczeniu wielu – szybko się zakończyła, bo znów pojawiło się słynne „coś tam, gdzieś tam”. W efekcie prace zamarły, by nie powiedzieć, że padły na posadzkę sejmową. 

W nowej kadencji sejmu (wybory z 2019 roku), na poważnie, nikt nie podjął tematu. W ramach sejmowej Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi została powołana Podkomisja stała do spraw bezpieczeństwa żywności i eliminowania nieuczciwych praktyk w obrocie żywnością. W sumie zebrała się ona trzy razy, ale ani razu, tematem jej posiedzenia nie był problem reformy urzędowej kontroli żywności.

Finałem tej sprawy jest ostatnia decyzja Rady Ministrów w postaci przygotowania projektu rozporządzenia w sprawie zniesienia Pełnomocnika Rządu do spraw organizacji struktur administracji publicznej właściwych w zakresie bezpieczeństwa żywności, a osobą odpowiedzialną za jego opracowanie został wyznaczony Henryk Kowalczyk, wiceprezes Rady Ministrów, minister rolnictwa i rozwoju wsi. Można więc rzec, że Zjednoczona Prawica zaczęła i kończy temat urzędowej kontroli żywności bez sukcesu lub jak mówią krytycy rządu i partii rządzącej „poniosła sukces”.

Twór „coś tam, gdzieś tam”

Dlaczego więc żadnemu rządowi dotychczas nie udało się zreformować systemu urzędowej kontroli żywności? Parafrazując polskie powiedzenie, że jak nie wiadomo o co chodzi, to wiadomo, że chodzi o władzę.  

Likwidacja poprzez połączenie w jedną organ administracji rządowej, niektórych inspekcji oraz odebranie kompetencji innym jest de facto pozbawieniem władzy ministrów, którym one podlegają. Brak lub niemożliwość zmiany była i wciąż jest tłumaczona ponoć specyficzną organizacją działów administracji rządowej, rzekomo nie pozwalającym na taką reorganizację, z kuriozalnym argumentem, że nawet Konstytucja stoi temu na przeszkodzie. Prawda jest taka, że ustawę można zmienić, jeśli będzie wola i większość polityczna (a Zjednoczona Prawica ją miała i ma nadal). Z kolei w Konstytucji nie ma żadnych zapisów, które by nie pozwalały na reformę modelu instytucjonalnego systemu bezpieczeństwa żywności, a jest wręcz odwrotnie. O co więc chodzi?

Ministerswo Zdrowia stawia veto

Prawda jest przyziemna. Największy opór był i jest po stronie Ministerstwa Zdrowia. Każdy kolejny minister zdrowia broni jak niepodległości zakresu władzy Głównego Inspektoratu Sanitarnego (GIS), Państwowej Inspekcji Sanitarnej (Sanepid) i całej jej struktury krajowej w tym terenowych jednostek sanepidu. Ministerstwo bez Sanepidu i stacji sanitarno-epidemiologicznych faktycznie nie ma władzy administracyjnej (atrybut możliwości stosowania sankcji administracyjnej w postaci kar finansowych, np. natychmiastowej zapłaty kary 30 000 zł). Bez GIS oraz PIS ministrowi zdrowia zostaje Narodowy Fundusz Zdrowia z niewydolną z powodów finansowych i braków kadrowych służbą zdrowia.

Państwowa Inspekcja Sanitarna: brak pieniędzy, brak ludzi, brak procedur

Jak sprawna i kompetentna była Państwowa Inspekcja Sanitarna Polacy zobaczyli w czasie epidemii SAR-Cov-2. Jak na dłoni widoczny był brak pieniędzy, brak ludzi, braki w wiedzy, całkowity brak procedur na wypadek epidemii, brak sprzętu. A do tego jeszcze dołożyła się bezprawna działalność urzędników sanepidu, którzy bez ustawowej podstawy prawnej, a jedynie na podstawie bezprawnego rozporządzenia ministra zdrowia, nakładali mandaty np. za brak maseczki czy zamykali w asyście policji legalnie działające lokale gastronomiczne, co dla wielu z nich się skończyło się wszczętymi przeciwko nim postępowaniami karnymi (przestępstwo z art. 231 kodeksu karnego) i odszkodowawczymi.

Rząd Zjednoczonej Prawicy nie wykorzystał epidemii koronawirusa do reformy całego systemu kontroli bezpieczeństwa żywności i zdrowia w zakresie zwalczania chorób zakaźnych. Nie ma co do tego wątpliwości, że zlekceważył sprawę. Pandemia pokazała, że Polska potrzebuje nowoczesnej, sprawnej, kompetentnej, wyposażonej i dofinansowanej inspekcji (agencji) ds. zwalczania chorób zakaźnych, by nie powtórzyły się tragiczne skutki z 2020 roku.

Czego potrzebują rolnicy? 

Z kolei produkcja żywności potrzebuje również jednego, posiadającego te same cechy organizacyjne, organu urzędowej kontroli żywności, w którym przykładowo rolnik hodujący świnie i jednoczenie uprawiający zboża nie będzie musiał załatwiać tego samego problemu w dwóch różnych agencjach. Unitarność organizacyjna pozwoli nie tylko zaoszczędzić czas, ale i pieniądze.

Rezygnacja przez rząd Zjednoczonej Prawicy z planu reformy jest dowodem braku poczucia, że to jest ważne dla polskiego rolnictwa, przetwórstwa i gospodarki w ogóle. Jedyne co zostało zrobione wcześniej, to odebranie jednej agencji i danie drugiej kompetencji oraz dodanie niektórym nowych obowiązków. 

W efekcie rząd Zjednoczonej Prawicy godzi się na dalsze utrzymanie systemu z rozproszonymi kompetencjami, który jest niedofinansowany, z brakami kadrowymi, urzędnikami przeciążonymi pracą i obowiązkami, a do tego skandalicznie niskoopłacanymi.

Wszystko więc będzie się toczyć starym trybem, który znamy od lat, a o którym wiemy również od lat, że tak być nie powinno. Stara prawda życiowa mówi, że dla chcącego nic trudnego. Jak widać problem przerósł rząd Zjednoczonej Prawicy więc kończy on ten temat po cichu.