Jak wynika z danych Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi w 2021 roku eksport towarów rolno-spożywczych osiągnął nienotowany dotąd poziom 37,4 mld euro, co w ujęciu rok do roku było więcej o 9%. Z kolei sprzedaż za granicę w okresie styczeń-maj 2022 roku wyniosła 17,8 mld euro, co było więcej o 22% w stosunku do analogicznego okresu poprzedniego roku. Niewątpliwie handlować potrafimy. Pytaniem jest, dlaczego przy naszym potencjalne produkcyjnym oraz dużym rynku konsumenckim nie dorobiliśmy się targów rolno-spożywczych o wymiarze światowym? A może tak naprawdę takie wydarzenie nie jest nam potrzebne, bo wystarczą nam te co już są w Europie lub w innym miejscu na świecie?

Nasze miejsce na mapie

O polskim rolnictwie oraz przetwórstwie rolno-spożywczym nie można powiedzieć, że nie ma ambicji lub że brakuje im umiejętności. Nie brakuje, a dane o produkcji – czego dowodem jest każdoroczna nadwyżka wolumenowa średnia rzędu 15 procent (w zależności od branży może być ona wyższa lub niższa) i rosnący eksport – dowodzą, że „nasi” nie mają się czego wstydzić, a czasami jest wręcz odwrotnie, to oni potrafią zawstydzić liderów rynkowych lub zwyczajnie wypchnąć ich z rynku. Niech za przykład posłuży produkcja mleka i wyrobów z niego, mięsa (np. kurczaków, wieprzowiny) owoców (np. borówka amerykańska). Przykładów jest aż nadto. Posiadamy również fachowe zaplecze naukowe i eksperckie oraz okołobranżowe.

Gdy jednak spojrzy się na mapę szlaków handlowych produktami rolno-spożywczymi z ośrodkami, do których się dociera po towar, usługi, wiedzę, trendy, nowości oraz kontakty, to widać, że Polska nie znajduje się na nich, pomimo swego ogromnego potencjału. Inaczej jest w przypadku np. Francji, Hiszpanii, Niemiec, Włoch czy małych krajów jak Dania i Holandia. Co te kraje mają, czego nie ma nasz? Wytłumaczenie tego stanu globalizacją, prawami rynku i konkurencji jest zbyt dużym uproszeniem, choć niewątpliwie mają one jakiś wpływ, ale z pewnością nie są one rozstrzygające o tej materii.

Problem z mitem

W pewnym sensie sami jesteśmy temu winni, że Polski nie postrzega się właściwie, czyli ani centrycznie, ani wektorowo, ani trendowo, bo pomimo wychwalenia przez ekspertów, firmy, rządowe agencje promujące czy przedstawicieli rządu na rynkach zagranicznych naszych zalet oraz potencjału ekonomicznego i biznesowego nie zrobiliśmy tyle, by obalić mit Polski leżącej na końcu świata. Tej świadomości w globalnym biznesie, że w przypadku naszego kraju właśnie tak nie jest, niewątpliwie brakuje.

To zaskakuje, bo eksperci od strategii handlowych i biznesowych w swych analizach dotyczących różnych polskich branż gospodarki pokazują jak fantastyczne położenie ma Polska. W zasadzie jesteśmy na przecięciu się przepływów i szlaków finansowo-gospodarczych w kierunku zachód-wschód oraz północ-południe. Według ich ocen wielki pieniądz, a dokładniej łatwy biznes o zasięgu międzynarodowym, który generowałby w naszej gospodarce również wartość dodaną, leży na przysłowiowej ulicy. A gdyby do tego dołożyć jeszcze nitki chińskiego Jedwabnego Szlaku, to nasza pozycja jest co najmniej atrakcyjna. I mimo tych wszystkich atutów w Polsce nie ma (choć kiedyś było) wydarzenia, które byłoby celem dla biznesu rolno-spożywczego. Dlaczego tak jest?

Powody nieatrakcyjności

Pierwszą przyczyną braku atrakcyjności jest to, że w wymienionych powyżej krajach jest polityka eksportowa z odpowiednim zapleczem instytucjonalnym i osobowym (eksperckim) oraz finansowym. Rządy nie oszczędzają na promocji i wspieraniu biznesu chcącego eksportować.

Tymczasem w Polsce zawsze na coś szkoda lub zwyczajnie brakuje pieniędzy, bo dla polityków są cele ważniejsze niż rozwój naszego biznesu, który daje i podatki, i miejsca pracy, a o budowaniu marki polskiej w świecie nie wspominając. Środki finansowe dopiero się znajdują, gdy polski biznes głośno i mocno się o nie upomni.

Poza tym, pomimo wielu już zrealizowanych działań marketingowo-promocyjnych oraz przygotowaniu wielu narzędzi (fundusze promocji, analizy, raporty), to wciąż brakuje aktualnej i bieżącej wiedzy o rynkach rolnych oraz rolno-spożywczych w poszczególnych krajach. Producenci rolni oraz przetwórcy z wyżej wymienionych krajów na interesującym ich rynku mają do swej dyspozycji sztab ekspertów, który na miejscu im pomoże. Na taki luksus nie może liczyć firma z Polski w polskiej placówce dyplomatycznej. Nie ma co ukrywać jeden (lub czasem dwie osoby) radca rolny oraz przedstawiciel Zagranicznego Biura Handlowego (ZBH) Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu (PAIH) za granicą nieba nie zawojuje, choćby nie wiem jakby się starał. W efekcie, nie tylko nie ma kto pomóc w eksporcie naszym firmom, ale także za granicą są zbyt małe polskie siły, by mogły dotrzeć z wiedzą o walorach naszego rynku rolno-spożywczego do potencjalnych odbiorców. Nasze sukcesy eksportowe są widoczne dla konkurencji, ale nie mają w sobie aż tyle magnetyzmu, by przyciągnęły realne zainteresowanie nami, bo poza dobrym i konkurencyjnym cenowo produktem nie dajemy szerszej perspektywy, o czym niżej. 

Drugim powodem jest to, że w Polsce pokutuje pewna mentalność dotycząca rozwoju. Otóż uważa się powszechnie, nie wiedząc czemu, że to inni mają stworzyć naszą siłę, a nie, że to my sami mamy ją wypracować.

Najlepiej to widać na przykładzie koncepcji Centralnego Portu Komunikacyjnego (CPK). Otóż w strategii tego przedsięwzięcia przyjęto założenie, że wszystkie linie lotnicze świata będą rozwijać nasze nowe lotnisko, a nie, że jego rozwój będzie konsekwencją systematycznego i przemyślanego wzrostu narodowego przewoźnika LOT. Porty lotnicze we Frankfurcie, Kopenhadze czy w Paryżu nie zawdzięczają swej wielkości i globalnej atrakcyjności tylko temu, że tam przylatują wszyscy, bo to są lotniska na tzw. szlaku, ale temu, że z nich można dolecieć wszędzie, bo są to huby dla narodowych przewoźników lotniczych. Rozwój firmy lotniczej determinuje rozwój portu lotniczego we wszystkich jego obszarach i w drugą stronę również.

Podobną mentalność widać także w naszym detalicznym handlu. Przykładowo, gdy ktoś rano w piekarni za bułkę chce zapłacić banknotem stuzłotowym, to okazuje się, że sprzedawca nie ma takiej ilości gotówki, by mógł wydać resztę. Najczęściej „konflikt płatniczy” rozwiązuje zapłata bezgotówkowa, co nie zmienia faktu, że problem nadal pozostaje.

Trzecią przyczyną braku atrakcyjności jest brak zdefiniowania naszej pozycji rynkowej w tej części Europy. Nasze rolnictwo jest duże i znaczące w Unii Europejskiej. Poza tym rosnący z roku na rok eksport towarów rolno-spożywczych dowodzi, że produkujemy wyroby wysokiej jakości i po konkurencyjnej cenie. W efekcie tego staliśmy się rynkiem jednokierunkowym, gdzie można kupić niedrogi, ale dobry produkt. Natomiast nie jesteśmy rynkiem hubem, będącym na styku. Nie pośredniczymy w handlu ani w biznesie rolno-spożywczym. Gdy się spojrzy na poszczególne sławne w świecie wydarzenia targowe, to widać jedną prawidłowość. Globalne targi, to nie tylko miejsce spotkań producentów i handlowców, pośredników, ale także są to wydarzenia będące wektorami na rynki i trendy, wynikające z właściwości naturalnych (specyficznych) dla tego miejsca, w których się one odbywają. W Polsce wydarzeniom targowym brakuje takiego plasowania, a sam potencjał – jak to zostało napisane powyżej przy CPK – nie przyniesienie oczekiwanych efektów, jeśli nie wykorzysta się specyfiki kraju i możliwości biznesu krajowego.