David Olsen z Warren w Anglii przez wiele lat cieszył się z urokliwego położenia swojego gospodarstwa. Jego ziemia znajduje się nieopodal lasu. 15 lat temu decyzją władz lokalnych w lesie powstał ogromny tor dla motocyklistów. Sprzyjał temu wyżynny, pełen pagórków teren. Rolnik, choć mógł, nie zdecydował się na protest przeciwko planom lokalnych władz. Uznał, że skoro dzięki nowej rozrywce, małe miasteczko otrzyma splendor, a lokalni przedsiębiorcy na tym zarobią, to czemuż miałby się temu sprzeciwiać.

Niestety dla Davida już pierwsza impreza miłośników sportów motorowych dała się we znaki. W drodze na miejsce imprezy część osób chcąc skrócić sobie drogę szła na przełaj niszcząc zboże gospodarza. - Nie chcę wspominać o śmieciach, które były wszędzie, czy o turystach, którzy, o czym dowiedziałem się od sąsiadów rozbili sobie w polu namiot - przyznaje Olsen i dodaje- nigdzie tego nie zgłaszałem. Stwierdziłem "zdarza się” tym bardziej, że tego typu imprezy odbywają się średnio „tylko” raz albo dwa na rok. Nie ma co szukać dziury w całym, jednak nie spodziewałem się, że to dopiero początek problemów - kończy swoją wypowiedź gospodarz.

Problem stał się bardzo poważny w momencie, kiedy grupa motocyklistów z okolicy stworzyła sobie drogę na tor wyścigowy przez pole rolnika, kompletnie nie zwracając uwagi na to, że niszczą jego zboże. - Na początku starałem się z nimi rozmawiać, ale zwyczajnie mnie zbywali, jak już się denerwowałem, wskakiwali na motor i jechali, więc cóż mogłem zrobić więcej? - pyta retorycznie gospodarz. Przez długi czas rolnik czuł się bezbronny, a agresorzy na motorach wytyczali sobie nowe ścieżki. Ich podróże były na tyle częste, że szybko ścieżka stała się powszechna i poza panami na motorach zaczęli z niej korzystać ludzie z okolicy. W końcu miarka się przebrała, pan David zgłosił sprawę na policję, a ta do oszacowania strat użyła drona.

Czytelnicy mogą sami ocenić, czy zniszczenia wyrządzone przez uciążliwych motocyklistów są spore. Fakt jest jednak taki, że policjanci dotychczas nikogo nie złapali na gorącym uczynku. Z kolei prawnicy doradzają, by rolnik postawił na początku drogi zaporę i pobierał opłaty. Jednak ten uważa, że wiązałoby się to z niepotrzebnym kosztem, a i tak każdy omijałby zaporę, na dodatek być może wytyczono by nową ścieżkę. - Tyle by było z tego wszystkiego - uważa pokrzywdzony rolnik.

Faktem jest, że nikt w okolicy nie ma wątpliwości, kto dopuścił się zniszczeń. Sprawa trafiła do sądu. Oby tylko sąd wykazał więcej dociekliwości od stróżów prawa i przykładnie ukarał osoby odpowiedzialne za zniszczenia.