Zdjęcia dokumentujące skandaliczne warunki w jakich przebywały krowy w oborze we wsi Kwiki, w gminie Pisz na Mazurach wołały o pomstę do nieba. O interwencji służb w gospodarstwie i akcji ratowania zwierząt głośno było we wszystkich mediach. Dziś jednak pod adresem „wybawicieli” bydła padają ostre komentarze. Wywołały je fotografie wykonane przez świadków, a obrazujące sposób, w jaki wycieńczone i chore krowy zostały potraktowane po wydobyciu z zalanej gnojówką obory.

Na krążących w mediach społecznościowych zdjęciach widzimy, jak ledwo żywe, nie mogące stać o własnych siłach zwierzęta za pomocą ciągnika z TUR-em wciągane są do pojazdów, które nie nadają się do transportu bydła. Obrazy te nasuwają pytania: czy ratujący nie przysporzyli krowom dalszych, niepotrzebnych cierpień? Czy takie traktowanie krów było dopuszczalne?

Ostra krytyka

Internauci, w tym również znawcy tematu, nie pozostawiają suchej nitki na osobach, odpowiedzialnych za przeprowadzenie tych działań i ich skutki.
„Ratowanie zwierząt nie może być prowadzone z pogwałceniem prawa. Zwierzęta nienadające się do transportu powinny zostać uśpione, a nie wiezione setki kilometrów transportem nieprzystosowanym dla bydła wbrew opinii IW. Z 44 w ciągu 24 godzin padło 6 a jedno zniknęło. Skandal.” -pisze Jacek Zarzecki, prezes Polskiego Związku Hodowców i Producentów Bydła Mięsnego.

Na fejsbukowym profilu Powiatowy Lekarz Weterynarii czytamy z kolei: „Szkoda tylko, że leczenie tych zwierząt jest z góry skazane na porażkę, bo mają w płucach gnojowicę i rozwija się im właśnie zachłystowe zapalenie płuc. Jakby na miejscu w Piszu był empatyczny lekarz weterynarii, to by je uśpił jako niezdolne do transportu, a nie pozwolił szarpać ciągnikiem do jakiegoś nieprzystosowanego do przewozu samochodu. Nie zezwolił by na transport powodujący zbędne cierpienie, bo te zwierzęta i tak się wycierpiały wystarczająco.

I to zdjęcie to nie jest z Uwagi o znęcaniu się nad krowami po drodze do rzeźni, to jest właśnie sobotnie "ratowanie”. Podnoszenie chwytakiem za guzy biodrowe osłabionej krowy i ciągniecie jej za głowę do jakiegoś dostawczaka. Powinno oburzać tak samo, jak warunki, które miały zapewnione w gospodarstwie? A może powinno oburzać bardziej, bo robi to organizacja ochrony zwierząt?”

Opinia PLW

Komentarze „biją” w Powiatowego Lekarza Weterynarii, który uczestniczył w interwencji w gospodarstwie. Nie udało nam się poprosić go o wyjaśnienia, bo pracował w terenie, ale do sprawy odniósł się Wojewódzki Lekarz Weterynarii w Olsztynie.

-Powiatowy Lekarz Weterynarii uznał, że ocalałe bydło rokujące nadzieje na wyzdrowienie i nadające się do transportu należy przewieźć do dwóch gospodarstw, wskazanych przez władze gminy, a oddalonych o maksymalnie 20 km od miejsca interwencji. Pozostałe krowy ze względu na stan zdrowia w opinii PLW należało poddać na miejscu eutanazji – mówi Jerzy Koronowski, Warmińsko-Mazurski Wojewódzki Lekarz Weterynarii.
-Takie zalecenia wydał lekarz powiatowy, ale ostateczna decyzja nie należała do niego – wyjaśnia Koronowski.-Decyzję o transporcie pozostałych, chorych krów, podjął obecny na miejscu prokurator z Prokuratury Rejonowej w Piszu.

Prokurator zdecydował

Zgodnie z ustawą o ochronie zwierząt, to właśnie prokurator ma ostatnie słowo w tego typu sytuacjach.
-Działaliśmy w trybie interwencyjnym, była to sytuacja nadzwyczajna i olbrzymia operacja logistyczna – wyjaśnia prokurator Bogdan Dąbrowski z Prokuratury Rejonowej w Piszu, który nadzorował czynności w gospodarstwie w Kwikach.-Na miejscu oprócz Powiatowego Lekarza Weterynarii był jeszcze jeden lekarz, którego poprosiliśmy o pomoc, także w ocenie i dokumentowaniu sytuacji. Ich opinie na temat stanu krów i rokowań dla nich były rozbieżne.

Jak zastrzega prokurator, ów drugi lekarz nie był przedstawicielem żadnej z organizacji obrony praw zwierząt. A warto zauważyć, że w interwencji pod Piszem brali udział przedstawiciele aż trzech takich organizacji.

-Wyciągnięte z obory bydło spędziło noc na terenie gospodarstwa. Z pomocą strażaków zostało oczyszczone. Krowom podano paszę, zaaplikowano leki i kroplówki. Panował niemiłosierny upał i zapowiadano burze. Musiałem szybko podjąć decyzję, bo nie mogliśmy zwlekać – tłumaczy swoje decyzje Bogdan Dąbrowski. -Uznałem, że skoro tyle już zrobiono i jest jakaś nadzieja dla tych zwierząt, to powinniśmy dać im szansę. Niestety, musieliśmy działać korzystając z sił i środków jakie były dostępne, a trzeba zauważyć że działania prowadzone były w dni wolne od pracy.
Jak mówi prokurator, chore krowy przewieziono do gospodarstw w gminie Zawady, około 80km dalej. Przyznaje też, że kilka sztuk padło.

Czyje to bydło?

W mediach pojawiły się informacje, że odebrane z gospodarstwa bydło i sama obora były przedmiotem zajęcia komorniczego, a ich poprzedni właściciel zmarł. Nie było więc podstaw, by odpowiedzialność za zastany stan zwierząt ponosili zamieszkujący w gospodarstwie kobieta i jej syn.
-Nie mogę potwierdzić informacji co do zajęcia komorniczego, analizujemy dokumentację dotyczącą stada i stanu prawnego gospodarstwa – mówi prokurator z Pisza.-Mogę natomiast potwierdzić, że Ewa P. i jej syn Wojciech P. usłyszeli zarzuty i zostali tymczasowo aresztowani.