Ta historia dla wszystkich rolników może być przestrogą, bo niemal każdy gospodarz w Polsce ma zobowiązania kredytowe. Niewielu stać przecież na ten komfort, by rozwijać gospodarstwo bez pozyskiwania pieniędzy z zewnątrz. A każdy kredyt to ryzyko, którego świadomość nie daje spokojnie spać i śmiało spoglądać w przyszłość. Edward Kawka na własnej skórze przekonał się, jak niewiele trzeba, by ryzyko zamiast w sukces przerodziło się w katastrofę…

GRUNT TO SPECJALIZACJA

Edward Kawka to absolwent Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu. Po studiach wrócił do rodzinnej wsi Dąbrówka, w gminie Starogard Gdański, by przejąć ojcowiznę i spożytkować wykształcenie. Wówczas to było gospodarstwo, jakich wiele - 20 ha gruntów, a w zagrodzie krowy, konie, świnie i drób. Syn gospodarzył po staremu, ale gdy odeszli rodzice, polska wieś właśnie się przeobrażała. Wielu uciekało do miast, a przed rolnikiem pojawiła się szansa na powiększenie areału. Skorzystał z niej i wydzierżawił 50 ha, dzięki czemu dysponował już sporym zasobem użytków zielonych.

- Polska weszła do Unii Europejskiej, wokół gospodarze zaczęli sięgać po fundusze unijne. Wszyscy mówili o konieczności modernizacji i specjalizacji - wspomina rolnik z Dąbrówki. - Pomyślałem, że ja też muszę wreszcie podjąć decyzję, w jakim iść kierunku. Doradca z PODR "wiercił mi dziurę w brzuchu" tak długo, że w końcu zrezygnowałem z koni i trzody i postawiłem na produkcję mleka. To wydawało się wtedy najsensowniejsze rozwiązanie.

- Też chciałem sięgnąć po unijne fundusze, ale okazało się, że moja obora nie spełnia wymogów Brukseli - opowiada Edward Kawka. - Ten sam doradca przekonał mnie, że nie ma co czekać, ryzyko jest żadne, a koniunktura sprzyja. Zapewniał, że jeśli wezmę komercyjny kredyt i zmodernizuję oborę, to bez problemu go spłacę. W ARiMR usłyszałem, że wtedy mam pewne dofinansowanie na zakup stada. Nagle znalazł się u mnie przedstawiciel SKOK z ofertą, a ja z niej skorzystałem.

Inwestor zaczął budowę obory na 50 dojnych krów, o powierzchni ok. 1000 m2.

PROBLEM ZA PROBLEMEM

I tu zaczynają się piętrzyć problemy, które doprowadziły rolnika na skraj przepaści.

- Wziąłem 500 tys. zł pożyczki z zapewnieniem, że mogę liczyć również na kredyt na zakup stada, jeśli nie będzie dofinansowania. Ale koszty rosły i musiałem wziąć kolejne pół miliona na wykończenie i wyposażenie - opowiada Edward Kawka.

Rolnik borykał się równocześnie z problemami rodzinnymi. Zmarł jego brat, który właśnie wybudował dom w sąsiedniej wsi. Pan Edward czuł się w obowiązku pomóc rodzinie i spłacił zadłużenie brata, bo jego córka nie była w stanie podołać wydatkom. Dlatego zaczął zalegać ze spłatą własnych rat za oborę. W 2008 r. obora była gotowa, dostała atest, ale szans na dofinansowanie stada nie było, a SKOK nie chciał już zakupu skredytować.

- Za ostatnie pieniądze zakupiłem krowy u okolicznych gospodarzy, żeby tylko zasiedlić oborę - przyznaje nasz rozmówca. - Moja radość trwała jednak krótko. Wkrótce stwierdzono za wysoki poziom komórek somatycznych, a mleczarnia zaczęła kręcić nosem, bo nie było zapotrzebowania na mleko II klasy.

- W 2010 r. weterynarz stwierdził, że leczenie będzie zbyt kosztowne i potrwa co najmniej 2 lata. Doradził likwidację stada, a ja… na to przystałem - ubolewa gospodarz. - Obora stała pusta, nie miałem pieniędzy na wznowienie produkcji, a SKOK w Wesołej upadł. Obsługę mojego długu przejął bank PKO BP, który nie chciał rozmawiać ani o restrukturyzacji zadłużenia, ani kolejnym kredycie na zakup krów.

BŁĘDNE KOŁO

Od siedmiu lat gospodarstwo znajduje się w tym samym punkcie. Jedynym źródłem dochodu dla rolnika stała się sprzedaż zboża i sianokiszonki okolicznym rolnikom. Pusta obora służy wyłącznie za magazyn balotów.

- Według mnie, jedyny sposób na odzyskanie przez bank pieniędzy to wznowienie produkcji, ale nikt mi takiej szansy nie chce stworzyć - skarży się Edward Kawka. - Coś drgnęło w ubiegłym roku, gdy pojawił się rządowy program oddłużenia gospodarstw rodzinnych. Odwiedziłem chyba ze sto placówek bankowych. W jednym z banków w Malborku rozmowa wypadła pomyślnie i złożyłem w terminie wymagane dokumenty. Zaraz jednak zostałem poinformowany, że bank wycofuje się z ustaleń.

Rolnik znalazł się w błędnym kole. Rozważał sprzedaż gospodarstwa brata, by kupić stado i ruszyć z produkcją mleka. Znalazł nawet potencjalnych kupców. Na zakup dobrych mlecznych krów potrzebuje około pół miliona złotych. Jednak na uzyskanych z transakcji pieniądzach od razu położy rękę komornik. Gospodarz znalazł też instytucję finansową skłonną udzielić mu kredytu, ale wtedy też pożyczka trafi na konto i pieniądze zabierze bank obsługujący dług. Jedynym rozsądnym i uczciwym rozwiązaniem wydaje się więc pożyczka w PKO BP.

- Prezes mleczarni chciał udzielić gwarancji, żeby tylko dali mi kredyt na stado, ale z tym bankiem rozmawiać nie sposób - żali się rolnik z Pomorza. - Wciąż mnie odsyłają od drzwi do drzwi i nie ma z kim rozmawiać. Interesuje ich tylko, kiedy i za ile będą mogli mnie zlicytować, przysyłają tylko co jakiś czas rzeczoznawców, by wyceniali mój majątek. Z dzierżaw już zrezygnowałem, bo bez produkcji zwierzęcej nie stać mnie było na czynsz. A mogłem korzystnie zakupić tę ziemię i rozwijać się, tak jak zamierzałem - mówi ze łzami w oczach zadłużony rolnik. - Nie wiem już nawet, do jakiej kwoty urósł mój dług, pewnie będzie ok. 2 mln zł.

ZDANIEM BANKU

W imieniu rolnika wystąpiliśmy do PKO BP z prośbą o komentarz do tej sprawy. Zapytaliśmy bank, czy nie znajduje jakiejś możliwości ratowania tego gospodarstwa. Czy kredyt na zasiedlenie obory i wznowienie produkcji nie są faktycznie najlepszym dla obu stron rozwiązaniem?

Oto odpowiedź, jaką otrzymaliśmy:

"Pan Edward Kawka zaciągnął pożyczkę w wysokości 500 tys. zł w styczniu 2006 r. - w SKOK Wesoła. Już w październiku 2006 r., z powodu braku spłat, SKOK Wesoła wypowiedziała mu umowę i postawił pożyczkę w stan natychmiastowej wymagalności. Podjęte wówczas działania zmierzające do odzyskania pożyczonych pieniędzy okazały się nieskuteczne. 1 sierpnia 2015 r., na mocy decyzji Komisji Nadzoru Finansowego (KNF), SKOK Wesoła została przejęta przez PKO Bank Polski, a jej klienci stali się klientami banku.

Pan Edward Kawka dwukrotnie zwracał się do banku z propozycją zawarcia ugody. Jego propozycje sprowadzały się do konieczności udzielenia mu kolejnego kredytu. Biorąc pod uwagę zdolność kredytową zainteresowanego, dotychczasowe doświadczenia ze spłatą udzielonej pożyczki oraz informacje znajdujące się w Biurze Informacji Kredytowej, bank musiał odmówić".

Roman Grzyb, ekspert PKO Bank Polski z Biura Komunikacji i Odpowiedzialności Społecznej, argumentuje dalej: "Zwracamy uwagę, że o zdolności do zaciągania nowych kredytów świadczy również to, czy klient jest wolny od innych zobowiązań kredytowych i czy przeciwko niemu nie toczą się inne postepowania windykacyjne. W zaistniałej sytuacji udzielenie kolejnego kredytu byłoby obciążone zbyt dużym ryzykiem. Bank nie otrzymał też propozycji poręczenia kredytu dla pana Edwarda Kawki od żadnej osoby fizycznej, mleczarni ani innych podmiotów gospodarczych. Jesteśmy otwarci na racjonalne propozycje ugody, rozłożenie spłaty pożyczki na dogodne raty, ale w zaistniałej sytuacji nie widzimy możliwości udzielenia kolejnego kredytu bez dodatkowych gwarancji spłaty".

 

Artykuł ukazał się w kwietniowym numerze miesięcznika "Farmer"