Wywiad z Janem Krzysztofem Ardanowskim, ministrem rolnictwa i rozwoju wsi

Tomasz Parzybut: Panie ministrze, premier Mateusz Morawiecki zapewniał, że rolnicy, którym susza zniszczyła plony, nie zostaną bez pomocy. Jednak co tu mówić o suszy, skoro są wciąż rolnicy, którzy nie dostali dopłat bezpośrednich za 2017 r., a termin rozpatrzenia wniosków wydłużono im do końca września.

Jan Krzysztof Ardanowski:  Na podstawie czego Pan tak twierdzi?

TP: Osobiście poinformowano mnie w jednym z mazowieckich oddziałów ARiMR, że wobec braków kadrowych rozpatrywanie wniosków musi zostać wydłużone do końca września. Dodam tu jeszcze, że chodzi o kilkuset rolników, u których nie stwierdzono niezgodności.

JKA: Podejrzewam, że sprawa dotyczy pojedynczych przypadków. Gwarantuję Panu, że 99,9 procent wniosków zostało rozpatrzonych. Proces wypłaty dopłat bezpośrednich od wielu lat jest doprecyzowany i tu żadnych eksperymentów nie ma. To, że są wypłacane zaliczki dopłat, to zasługa mojego poprzednika. W tym roku te zaliczki będą również od połowy października. Zaznaczam, że jest to ogromne obciążenie dla budżetu państwa, bo Unia Europejska przecież dopiero po jakimś czasie je refunduje, natomiast pieniądze trzeba wyłożyć od razu. W zeszłym roku było to 10,5 mld złotych, a w tym roku będzie jeszcze więcej. To są pieniądze publiczne, które muszą być precyzyjnie wypłacane i Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa musi mieć absolutną pewność, że te pieniądze się rolnikowi należą. Dlatego w sytuacjach wątpliwych Agencja ma obowiązek wstrzymać dopłaty. Oczywiście, rolnicy się denerwują, bo chcieliby pieniądze najlepiej 1 grudnia, ale okres wypłaty dopłat bezpośrednich trwa od 1 grudnia do 30 czerwca.  Mówienie o tym, że jest to duże zjawisko, jest nadużyciem. Już teraz zapraszam Pana na kolejną rozmowę, w której opowiem, jak zamierzam w przyszłym roku zmienić działanie ARiMR-u, między innymi w zakresie kontroli gospodarstw.

TP: Wróćmy zatem do tematu, który dotyczy całej Polski. Niestety, coraz częściej słyszymy o nowych ogniskach ASF-u wśród świń. Z kolei bioasekuracyjne kontrole gospodarstw wobec braku lekarzy weterynarii według bardzo optymistycznych założeń mają trwać do 2022 roku. Przyzna Pan, że cały ten proces kontroli jest zdecydowanie za długi?

JKA: Ognisk jest w całej Europie coraz więcej. Oskarżanie rządu PiS o rozwój ASF-u jest po prostu niepoważne. W Europie Zachodniej z pełnym podziwem patrzy się na Polskę jako kraj, w którym udaje się utrzymać chorobę na niewielkim terytorium. To prawda, że weterynaria jest od wielu lat niedoinwestowana. Uważam jednak, że trzeba myśleć o strukturalnych zmianach i temu ma służyć stworzenie nowej Inspekcji Bezpieczeństwa Żywności, która połączy działanie dotychczas istniejących na rynku urzędów. W ten sposób doprowadzimy do racjonalności zatrudnienia oraz pewnych oszczędności w części administracyjnej. Te reformy urzędowego nadzoru nad bezpieczeństwem żywności nie są dobrze przyjmowane przez dotychczasowe instytucje, które się tym zajmują. Każdy ma „swoje państwo” i nie jest zainteresowany stworzeniem jednej sprawnej, nowoczesnej, ale i oszczędnej instytucji. Rząd będzie podejmował pracę nad stworzeniem takiej instytucji i wtedy również zostaną rozwiązane problemy materialne i organizacyjne inspekcji weterynaryjnej.  Trzeba się jeszcze zastanowić nad finansowaniem inspekcji oraz tych zadań, które powiatowi lekarze weterynarii zlecają.

TP: A co z bioasekuracją w gospodarstwach?

JKA:  Na razie harmonogramy kontroli są realizowane według przyjętych terminów. Proszę zrozumieć, że bioasekuracja nie jest problemem kontroli weterynaryjnej. Kontrole mają w ostateczności wskazywać rolnikowi, co należy poprawić. To, że bioasekuracja nie jest przez wszystkich stosowana, jest kwestią braku świadomości rolników, niechęci, a także w znacznej mierze również niezrozumienia, czym tak naprawdę jest i jakie negatywne skutki niesie ze sobą jej brak. Brak stosowania bioasekuracji u wszystkich rolników jest problemem zarówno instytucji doradczych, jak i wielu organizacji rolników, które zamiast zajmować się straszeniem ministra, powinny przekonywać każdego rolnika, choćby tego z jedną świnią, aby uszczelnił gospodarstwo. Jeżeli rolnik nie jest w stanie z powodów organizacyjnych przebudować budynku, rozdzielić gatunków zwierząt trzymanych w jednym pomieszczeniu tam, gdzie są świnie, to niech zrezygnuje z hodowli trzody i zajmie się czymś innym. Swoją niefrasobliwością czy bezradnością nie tylko szkodzi sobie, ale może zniszczyć produkcję trzody w całej Polsce. Lekarz weterynarii jest końcowym ogniwem, sprawdzającym rolnika. Powtarzam, bioasekuracja jest obowiązkiem rolnika, a nie przymusem ze strony weterynarii.

TP: Panie Ministrze, wiele kontrowersji wśród rolników wywołał plan pomocy ukraińskim producentom malin. Czy interweniował Pan w tej sprawie?

JKA: Tak, przeprowadziłem interwencję w Ministerstwie Spraw Zagranicznych i mogę stwierdzić, że temat jest mocno przesadzony. Co najważniejsze, nie powoduje skutków ubocznych dla polskiego rolnictwa. W MSZ wyjaśniono mi, że to działanie jest niewielkim, pilotażowym programem przeszkolenia 30 rolników na Ukrainie, dokładnie na Wołyniu, czyli na tych terenach, które kiedyś należały do Polski. Nie mam wątpliwości, że powinniśmy starać się budować pewne przyjazne relacje i wyobrażenia o Polsce na tych terenach. Przeszkolonych zostanie 30 rolników, z czego wyselekcjonujemy 10 producentów malin, a każdy z nich będzie uprawiał hektar malin. To w sumie daje nam 10 hektarów, co w skali szybko rosnącej wielkości produkcji ukraińskiej jest jakimś nieistotnym śladem w rolnictwie ukraińskim. Chciałbym przypomnieć, że Polska stosuje programy rozwojowe dla wielu krajów świata, tych, które – podkreślam – władze polskie, a nie minister rolnictwa, uważają za godne wsparcia.  Buduje się w ten sposób społeczeństwo obywatelskie, uczy się ludzi pracy, zaradności, wykorzystania zasobów. Takie programy pomocowe w ramach polityki rozwoju Polska prowadzi od wielu lat. W tym roku Ministerstwo Spraw Zagranicznych zaakceptowało malutki program, którego z tego, co wiem, wnioskodawcą byli: marszałek województwa świętokrzyskiego, Uniwersytet Przyrodniczy z Krakowa oraz kilka organizacji pozarządowych.

TP: Ale przyzna Pan, że pomoc akurat w tym szczególnie trudnym okresie dla producentów owoców miękkich nie jest zbyt trafiona?

JKA: Niedawno usłyszałem, że Polska przekaże naszym wschodnim sąsiadom know-how, jak uprawiać maliny. Takie zarzuty wynikają z niewiedzy o rolnictwie ukraińskim. Ukraina ma w tej chwili dostęp do najnowocześniejszych technologii upraw zbóż, warzyw i owoców. W rolnictwie ukraińskim jest zatrudnionych wielu najwyższej światowej klasy agronomów. Stosują tam technikę, o której w Polsce nikomu się nie śniło, zresztą to samo dotyczy Rosji.  Twierdzenie, że my mamy jakąś tajemną wiedzę odnośnie uprawy malin, której Ukraińcy nie są w stanie zdobyć w Europie Zachodniej, jest niepoważne. Ja bym się jeszcze zastanowił nad czymś innym. Czy z faktu, że część odmian roślin uprawianych na Ukrainie jest znakomita, bo złożyły się na to klimatyczne warunki przyrodnicze i dotychczasowa ekstensywna produkcja, nie wynika, że powinniśmy zabiegać o to, by w Polsce korzystać z tego materiału hodowlanego? Docelowo, to my możemy być beneficjentem współpracy gospodarczej z Ukrainą. Ukraina ma 130 milionów hektarów najlepszych gruntów, czyli to my jesteśmy przy nich liliputem.

TP: Panie Ministrze, sprawa stosowania paszy z GMO od wielu lat wzbudza w Polsce spore emocje. Czy w najbliższym czasie spodziewane są zmiany w ustawie, która niedawno była nowelizowana?

JKA: Kwestia składników paszowych w Polsce jest otwarta, natomiast nie mam wątpliwości, że powinniśmy iść w kierunku uniezależniania się od importu soi, która zamiast rozwijać polskie rolnictwo, to w jakiś sposób je wręcz wiąże i komplikuje. Przywiązanie producentów drobiu i trzody do importu amerykańskiej poekstrakcyjnej śruty sojowej jest powszechnie znane. Lobby sojowe twierdzi, że bez niej upadnie bardzo ważna gałąź gospodarki, jaką jest drobiarstwo. Zapewniam wszystkich, że takie konkluzje są nieuprawnione. Istnieje możliwość zastępowania soi innymi źródłami białka paszowego. Z zadowoleniem stwierdzam, że po ostatnich rozmowach, które przeprowadziłem z nową przewodniczącą izby zbożowo-paszowej (Moniką Kwiatkowską – przyp. red.) pojawiła się pewna refleksja, której nie było jeszcze u jej poprzednika. Środowisko powoli zaczyna rozumieć, że polskie rolnictwo to jest system naczyń połączonych, w którym liczy się interes nie jednej branży, a wszystkich. Jestem gotowy prowadzić rozmowy o tym, jak zastępować importowane białko roślinne. Jak zintensyfikować jego produkcję w kraju, idąc w kierunku rolnictwa zrównoważonego, wspierając przy tym czystość gleb.

TP: Czyli możemy spodziewać się szerokiej dyskusji na temat wpływu GMO?

JKA: Nie zamierzam prowadzić dyskusji, czy GMO jest szkodliwe, czy też nie. Na tym etapie nie jest mi to do niczego potrzebne. Natomiast skoro konsumenci poszukują produktów z wyraźnym oznaczeniem, że są one wolne od GMO, także od GMO w paszy wykorzystanej do żywienia zwierząt bądź w składzie finalnym produktu, to należy im taką propozycję stworzyć. Powtarzam, że konsumenci muszą mieć prawo wyboru, który produkt chcą zakupić. Uważam, że trzeba stworzyć mechanizm, w którym rolnicy, ale także zakłady przetwórcze będą zainteresowane produkcją mięsa bez GMO. Logiczne wydaje się połączenie promocji paszy bez GMO z rozpowszechnianiem wiedzy o rodzimych rasach świń. Widzę bardzo duże zainteresowanie poszczególnych województw takim działaniem. Największe ze strony województwa kujawsko-pomorskiego. Promocję tuczu bez GMO w żywieniu rodzimych ras prowadzi grupa wokół rolnika pana Sławomira Homei, swój wkład mają również Uniwersytet Przyrodniczy w Poznaniu na czele z doktorem Mikulskim i Ośrodek Doradztwa Rolniczego w Minikowie.

TP: Dziękuję za rozmowę.