To wyłączony wątek dużo większej sprawy, w której w lutym zapadły wyroki więzienia w zawieszeniu i grzywny wobec dwóch innych diagnostów z tej samej stacji kontroli pojazdów. W ich przypadku zarzuty obejmowały blisko pół tysiąca czynów.

Wyrok zapadł po wniosku obu oskarżonych o dobrowolne poddanie się karze, której wysokość została uzgodniona z prokuraturą. Oprócz więzienia w zawieszeniu i grzywny, sąd orzekł też kilkuletnie zakazy pracy w zawodzie diagnosty samochodowego wobec obu mężczyzn.

Trzeci z oskarżonych, którego dotyczą trzy zarzuty, nie przyznał się i jego sprawę wydzielono do odrębnego postępowania. W czwartek ten proces ruszył. Prokuratura Okręgowa w Białymstoku zarzuca 33-letniemu mężczyźnie, który od 6 lat nie pracuje już w zawodzie diagnosty, że w czerwcu 2014 roku potwierdził dokonanie badań technicznych ciągnika rolniczego, przyczepy campingowej i skutera, w rzeczywistości nie przeprowadzając żadnych, wymaganych prawem działań.

-Wszystkie pojazdy, o których mówi pan prokurator, były na stacji diagnostycznej i czynności zostały przeprowadzone, a opłata za wykonanie badań technicznych została przyjęta zgodnie z cennikiem i wystawiono do tego stosowne dokumenty, paragon bądź faktura - mówił oskarżony.

Pytany przez sąd wyjaśniał, jak od strony technicznej powinien wyglądać przegląd techniczny ciągnika, przyczepy i skutera. Mówił na przykład, że sprawność hamulców ciągnika sprawdza się poza tzw. ścieżką diagnostyczną, przekonywał że rozstaw kół tej maszyny nie pozwala na bezpieczny wjazd na taką ścieżkę, której środkiem biegnie kanał, z którego sprawdza się stan podwozia pojazdów.

Sąd przesłuchał w czwartek wszystkich trzech właścicieli pojazdów, których badań technicznych dotyczą zarzuty. Właściciel ciągnika mówił, że "mogło tak być", że diagnosta (nie pamiętał, czy chodzi o oskarżonego), nie kazał mu wjeżdżać na ścieżkę diagnostyczną. Ale powiedział też, że gdy robił takie badania techniczne na innej stacji, bez problemu wjeżdżał na taką ścieżkę. Właściciel przyczepy campingowej zeznał, że wjechał na kanał, ale nie pamiętał co dokładnie robili diagności. Ostatni świadek przyznał, że po prostu zostawił skuter diagnoście do badań.

Wszyscy zapewniali w złożonych w śledztwie zeznaniach, że nie sugerowali odstąpienia od badań i płacili ustawową stawkę.

Sąd odroczył proces do sierpnia. Wcześniej strony mają wskazać, jakich jeszcze świadków chcą przesłuchać.

W kilkuletnim śledztwie Prokuratury Okręgowej w Białymstoku przesłuchano ponad siedmiuset świadków i zabezpieczono bardzo obszerną dokumentację. Ostatecznie trzem diagnostom ze stacji kontroli pojazdów w podbiałostockiej Niewodnicy Koryckiej prokuratura zarzuciła 482 przestępstwa poświadczania nieprawdy w dokumentacji co do faktu przeprowadzenia badań technicznych pojazdów i ich pozytywnego wyniku, a nadto - w kilku przypadkach - przyjmowania w związku z tym korzyści majątkowych.

Według śledczych, którzy analizowali m.in. zapisy nagrań ze stacji, w połączeniu z dokumentacją związaną z kontrolami technicznymi pojazdów, auta albo w ogóle nie wjeżdżały na stanowiska diagnostyczne, albo fizycznie były, ale takich badań nie przeprowadzano przed przedłużeniem ważności badań, albo jakieś czynności były prowadzone, ale nie takie, które można uznać za badania techniczne.