Gdy któreś zwierzę nie miało już siły stać – tonęło w gnojowicy. Krowy nie mogły się wydostać, bo drogę blokowały im gnijące truchła wcześniej padłych sztuk. Z 90 krów w oborze zostało 50, ale nie wiadomo ile z nich przeżyje. Tak drastyczne obrazy rzadko zdarza się oglądać. Gospodarstwo grozy i skutki interwencji służb opisuje portal Polsat News.

Powiatowa Inspekcja Weterynaryjna wskutek anonimowego doniesienia udała się skontrolować pewne gospodarstwo we wsi Kwiki, w gminie Pisz na Mazurach. Inspektorzy udali się tam w asyście policjantów, przedstawicieli gminnych władz oraz wolontariuszami Pogotowia dla Zwierząt w Działdowie. Wizyta przerodziła się w wielka akcje ratunkową z udziałem strażaków i okolicznych rolników.

Według dokumentacji stado utrzymywanego w gospodarstwie bydła miało liczyć 90 sztuk. W oborze zastano około 50 sztuk krów i cieląt. To co ujrzeli interweniujący wołało o pomstę do nieba. Wychudzone, wycieńczone zwierzęta stały zanurzone niemal po szyje we własnych odchodach. Nie miały ani kawałka suchej podłogi. Wokół pływały zwłoki padłych zwierząt, truchła blokowały również wyjście z obory. Nie wiadomo jak długo trwała męka tych zwierząt.

Strażacy z OSP Pogobie i OSP Liski musieli wpierw wypompować gnojówkę i usunąć padlinę blokującą wyjście. Niektórym krowom trzeba było w tym czasie podtrzymywać głowy, bo nie miały już sił utrzymywać ich nad powierzchnią. Okazało się, że pod powierzchnią gnojowicy spoczywało jeszcze wiele zwłok i szczątków padłych wcześniej krów.

Wyprowadzone na zewnątrz bydło oczyszczono, i zajęli się nim lekarze weterynarii. Podano im wodę i siano. Część zwierząt – w lepszej kondycji – tego samego dnia rozwieziono do innych gospodarstw, pod opiekę rolników. Kilka sztuk trafiło do przytuliska OTOZ Animals. Część musiała pozostać na miejscu, bo nie miała już siły wstać i nie nadawała się do transportu.

Na miejsce wezwano prokuratora. Policja zatrzymała właścicielkę gospodarstwa i jej syna.