Rolnicy od października nie mogą doczekać się zmiany przepisów, które umożliwiłyby prowadzenie polowań i redukcję populacji, przynajmniej dzików. Dla wszystkim jest jasne, że bez tego walka z ASF i opanowanie ekspansji wirusa nie jest możliwe. Myśliwi bezradnie rozkładają ręce, bo epidemiczne ograniczenia dotknęły też możliwości organizacji polowań zbiorowych. W tych okolicznościach ani odstrzały sanitarne, ani też wykonanie założonych planów łowieckich stało się nierealne.

Apelują więc samorządy i organizacje rolnicze, apeluje też PZŁ, a popiera ich minister rolnictwa. Czas mija, a my tracimy zupełnie kontrolę i nad rozprzestrzenianiem się ASF i nad liczebnością stad wszelkiej zwierzyny w naszych lasach. Po kolejnej informacji dotyczącej właśnie owych apeli, napisał do nas pewien doświadczony myśliwy z Podkarpacia. W jego opinii patową sytuację i narastający problem można by szybko rozwiązać.

- W województwie podkarpackim jest około 2,5 tysiąca myśliwych niezrzeszonych, to znaczy będących członkami PZŁ, ale bez koła i możliwości polowania. Wystarczy dać im możliwość polowania i ASF zniknie razem z dzikami w ciągu miesiąca – twierdzi pan J., któremu ze zrozumiałych względów nie zależy na ujawnianiu nazwiska. Myśliwy zauważa, że koła łowieckie stanowią często hermetyczne grupy towarzyskie, którym bardziej zależy na zachowaniu „prywatności”, niż właściwym prowadzeniu gospodarki łowieckiej.

„Gdy chciałem zmienić koło i polować w miejscu zamieszkania, moje podania przez pół roku pozostawały bez odpowiedzi. Po odwołaniu koło odpisało, że mnie nie przyjmie, bo ma wystarczającą liczbę myśliwych do prowadzenia gospodarki łowieckiej. Po co więc PZŁ apeluje o zniesienie zakazu polowań zbiorowych? Wystarczy pozwolić polować polskim myśliwym” – zauważa nasz Czytelnik.

W nadesłanym liście myśliwy krytykuje także sposób prowadzenia tzw. walki z ASF przy udziale tak myśliwych, jak i innych odpowiedzialnych służb. „Jako myśliwy z 20 letnim stażem kilkakrotnie brałem udział w tzw. poszukiwaniu martwych dzików. Zawsze wyglądało to tak, iż wytyczne mówiły jasno, by tak szukać - żeby nie znaleźć. Słowa te padały w obecności zarówno powiatowego lekarza weterynarii, jak i samorządowców czy wójtów. Szukanie dzików w rzeczywistości sprowadzało się do spotkania towarzyskiego, na którym zawierano znajomości i nawiązywano dobre relacje. Tylko osoby postronne, np. strażacy z ochotniczych straży podchodzili do tematu poważnie. Często spotykało się 5 myśliwych, a 25 było wpisywanych na listę” – czytamy w liście.

Relacja myśliwego daje wiele do myślenia, ale przede wszystkim – nie pozostawia cienia nadziei rolnikom. Jeśli tak ma wyglądać walka z ASF, to z góry jesteśmy w niej przegrani. Jeśli koła łowieckie służą głównie podtrzymywaniu kontaktów towarzysko-biznesowych, to gospodarka łowiecka staje się fikcją.

Przed pandemią często słyszeliśmy ze strony PZŁ argumenty, że depopulacja dzików nie przebiega dość sprawnie, gdyż czynnych myśliwych w kołach jest zbyt niewielu w skali kraju. Teraz tymczasem czytamy, że mogłoby być ich znacznie więcej, ale koła nie chcą wpuszczać w swoje szeregi nowych członków. Nasz korespondent na koniec listu zdradza, co nim powodowało: „należy obnażać absurdy w tym stowarzyszeniu, gdyż musi ono ewaluować i zmienić swój charakter”.

Trudno nie przyznać mu w tych okolicznościach racji. Trudno też jednak nie zauważyć, że postulaty zmian pojawiają się już od kilku dekad. I wciąż nic się nie zmienia…