Zdarzenie miało miejsce na fermie niosek w miejscowości Bieżuń w powiecie żuromińskim, w województwie mazowieckim - podaje lokalny portal ciechpress.pl.Strażaków wezwano do pożaru hali, w której znajdowały się magazyn i sortownia jaj.

Pożar pojawił się w kompleksie zabudowań inwentarskich, ale nie było w nich drobiu. Kury i jaja zostały bowiem wcześniej zutylizowane w ramach działań służb weterynaryjnych zwalczających grypę ptaków.

Do akcji gaśniczej skierowano 12 zastępów strażaków - 4 z komendy PSP w Żurominie oraz 8 z jednostek ochotniczych w powiecie. Na miejscu okazało się, że pali się pokrycie dachowe, drewniana więźba i wnętrze budynku. Po 5 godzinach działań pożar udało się opanować.Ogień zniszczył jednak konstrukcję dachu i wyposażenie hali. Trwa szacowanie strat.

Przyczyna pożaru jest jednak znana. To sam właściciel postanowił spalić wytłaczanki do pakowania jaj, by dopełnić wymogów w zakresie dezynfekcji fermy i przygotowań do ponownego zasiedlenia kurników. Kontrolowany pożar wymknął się jednak spod kontroli. Co ciekawe, tego samego dnia na fermę mieli przybyć strażacy, by na polecenie Powiatowego Lekarza Weterynarii w Żurominie spalić owe wytłaczanki na fermie. Gospodarz się jednak pospieszył i ogień podłożył wcześniej - donosi ciechpress.pl.