Jak donosi na swoim portalu Polski Związek Łowiecki, myśliwi z obwodów pod Białymstokiem zorganizowali akcje pod hasłem: „Łowiectwo czynną formą ochrony przyrody”. W jej ramach zademonstrowali, jak można i należy chronić dzikie zwierzęta zanim rolnik wjedzie na łąkę z maszynami do zbioru zielonki.


„Z pomocą psów myśliwskich oraz drona przeszukano wskazane do wykoszenia łąki. Zlokalizowano i zabezpieczono dwa gniazda bażantów i uratowano dwie sarny.” – relacjonuje PZŁ. Myśliwi pouczyli również na miejscu rolników, jak kosić trawę, by nie zrobić krzywdy gniazdującym w niej ptakom i wysiadywanym jajom, czy chowającym się w niej młodym sarenkom. A wszystko to przy błyskach fleszy i włączonych kamerach mediów lokalnych i ogólnopolskich.


Co ciekawe i warte odnotowania, myśliwi korzystając z obecności dziennikarzy zaprosili okolicznych rolników do stałej współpracy i zgłaszania planowanego koszenia łąk. W akcji wzięło udział kilkudziesięciu myśliwych z 11 kół łowieckich, a także Straż Leśna i Państwowa Straż Łowiecka. PZŁ apeluje z kolei do myśliwych w całej Polsce, by podchwycili pomysł i przerodzili tą inicjatywę w akcję ogólnopolską.


Nie wiemy na razie, czy wszystkim myśliwym w kraju pomysł kolegów z Podlasia się spodobał. Usłyszeliśmy natomiast wiele komentarzy ze strony rolników i nie były to raczej opinie pochlebne. Po pierwsze nasi rozmówcy donoszą, iż część kół łowieckich biorących udział w tej akcji nie kwapi się z reguły do szacowania szkód łowieckich w dzierżawionych obwodach. Powątpiewają więc w wolę stałej i owocnej współpracy z rolnikami.


Inni poddają w wątpliwość, by myśliwi faktycznie odbierali telefony od rolników, zgłaszających zamiar koszenia łąk. Tym bardziej, że w sezonie i przy właściwej pogodzie kosić chcą wszyscy i na potęgę, a przynajmniej ci, którym łąk nie stratowały jeszcze dziki, łosie, żubry i inne dzikie stworzenia ze stajni Skarbu Państwa. I niestety, do wolnej soboty myśliwego nie zawsze da się zaczekać. Jeszcze inny rozmówca zastanawiał się, który rolnik będzie zainteresowany podobną usługą i zaprosi kilkudziesięcioosobową wycieczkę (oraz psy), by zdeptali mu trawę przed koszeniem.


Wszystkich zaś naszych rozmówców oburzył protekcjonalny sposób, w jaki rolników potraktowali myśliwi. Można bowiem zrozumieć chęć poprawy medialnego wizerunku myśliwych i ukłon w stronę ekologów. Oto myśliwy z troską pochyla się (wraz z towarzyszącym psem) na losem biednych ptaszków i idzie im z pomocą. Nie mamy broni – mamy drony – głosi przekaz, który poszedł w eter.

Ale czemu to rolnik ma być w tej bajce "złym wilkiem", który wsiada na traktor a kosiarka przed nim spływa krwią niewinnych „braci mniejszych”? Trudno niestety pozbyć się wrażenia, że to znana pijarowa zagrywka stosowana powszechnie przez polityków: by zdjąć z siebie złe skojarzenie trzeba je przenieść na innych.


Jeden jednak z naszych rozmówców wpadł na interesujący pomysł w związku z akcją białostockich myśliwych. Proponuje bowiem, by rolnicy którym myśliwy nie chcieli dotąd oszacować szkód w uprawach, zadzwonili do kół łowieckich z zaproszeniem na rekonesans łąk przed koszeniem. Gdy już przyjadą, łatwiej będzie ich skłonić do wykonania… ustawowych obowiązków.