Antoś, niespełna trzyletni syn państwa Paulina i Emila Radziszewskich, odszedł w kilkadziesiąt godzin od momentu, w którym zasygnalizował, że źle się czuje. Zmarł wprowadzony w śpiączkę farmakologiczną w szpitalu w Białymstoku. Zanim jednak został przewieziony do tego szpitala, dramat rozgrywał się w innej placówce zdrowia – w szpitalu w Łapach.

Syn

Mały chłopczyk uskarżał się w przedszkolu na ból brzuszka. Jego mama po telefonie od wychowawczyni w tej sprawie odebrała go wcześniej. Po kontakcie z pediatrą chłopiec tego dnia zostaje w domu. Nieprzespana noc i pogarszający się stan zdrowia dziecka sprawiają, że kolejnego dnia trafia on do szpitala w Łapach. Tam czas zaczyna biec bardzo szybko. Dziecko nic nie je, nadal boli  brzuszek, a lekarz po wykonaniu testów stwierdza, że dopadł go rotawirus. Oświadcza, że ma trzydziestoletnie doświadczenie i jest przekonany, że to właśnie ta choroba – relacjonowała później jego mama. Antoś załatwia się krwią i kolejną noc w ogromnych bólach spędza na nocniku. Jego mama jest cały czas razem z nim, siedzi na podłodze obok i coraz bardziej się niepokoi. Krew dziecka jest wszędzie, wcześniej podano mu leki na wypróżnianie. Lekarz, który opiekował się chłopcem schodzi z dyżuru. Kolejny już wie, że nie poradzi sobie z dalszym leczeniem malca. Postanawia odesłać go do szpitala w Białymstoku.

Od podjęcia tej decyzji do czasu, kiedy chłopiec trafia do placówki w stolicy Podlasia, mija kilka godzin, bo nie ma kolejnego medyka, który powinien towarzyszyć chłopcu w karetce podczas transportu. Mama chce sama zawieźć syna, jednak nie otrzymuje na to zgody. Ostatecznie późnym wieczorem trafia on wraz mamą bezpośrednio na intensywną terapię. To decyzja białostockich lekarzy. Lekarze nie nadążają z reakcją, a to, co spowoduje jego śmierć, wyprzedza ich decyzje. Zakładają chłopcu sondę do brzuszka, z której wycieka zielony, zgniły płyn. Być może chcieli go „otworzyć”, jednak odstępują od tego. Antoś zmarł po północy tego samego dnia. Bardzo cierpiał. Lekarze pobrali do badania bakteriologicznego wydzielinę. Wynik nadszedł z Warszawy kilka dni później. W materiale biologicznym znaleziono werotoksyny Eschericha coli.

Córka

W szpitalu w Łapach jest młodsza siostra Antosia – dwuletnia Amelka, która trafiła tam, gdy chłopiec jeszcze tam przebywał. Także uskarżała się na ból brzuszka. Jej mama doświadczona już jednym nieszczęściem postanawia jak najszybciej zabrać ją z stamtąd i szukać ratunku w szpitalu w Białymstoku.

– Bardzo żałuję, że zaufałam lekarzom z Łap – oświadczyła, gdy na dobre rozpoczęła się batalia o życie jej córki. W placówce w Białymstoku już wiedzą, co zabiło Antosia. Szybko stawiają diagnozę: zespół hemolityczno-mocznicowy wywołany działaniem wspomnianej bakterii. Konsylium krajowych nefrologów ma na to lek. Był w Białymstoku w szpitalnej aptece. Rodzice podpisują zgodę na jego podanie. Okazało się później, że ta rzadka choroba chciała zabić innego małego pacjenta. Mija kilkadziesiąt godzin – widać pozytywne sutki podania leku dwuletniej dziewczynce. Od tamtej pory lekarze podają go Amelce wraz z osłoną antybiotykową. Co dwa tygodnie wraz z rodzicami stawia się w szpitalu. Roczny koszt jej leczenia sięgnie dwóch milionów złotych.

Środowisko

Lekarze z Białegostoku dopytują rodziców nieżyjącego Antosia i walczącej o życie Amelki, czy gdzieś wyjeżdżali z dziećmi na wakacje nad wodę (jest lato 2021 r.). Przeżywający ogromny smutek po śmierci syna rodzice są zaskoczeni tym pytaniem. Oświadczają, że nigdzie nie byli. Przebieg choroby u ich maluchów był piorunujący, dlatego medycy nakazują szukać rzeczonej bakterii lub jej toksyn w otaczającym ich środowisku. Zastanawiają się, jakie jeszcze czynniki mogły wywołać rodzinny dramat? Sprawdzają i badają własne gospodarstwo. Nic. Lekarze dociekają dalej. W niewielkiej odległości od ich gospodarstwa (niespełna 200 m) jest prowadzony chów drobiu, kur, kaczek i gęsi i właśnie tam kierują ich doktorzy.

Czy to był celny strzał? Wspomniana ferma drobiu prowadzi chów ptaków, w opinii rodziców Amelki niezgodnie z przepisami prawa, zarówno tymi, które definiują służby weterynaryjne, jak i gminne wskazujące na uwarunkowania środowiskowe. Rodzice dokumentują wszystko skrzętnie i informują o tym fakcie m.in. Głównego Lekarza Weterynarii, Inspektora Sanitarnego, Ochronę Środowiska i Nadzór Budowlany. Przypuszczają, że źródłem zakażenia ich dzieci była wskazana ferma. Dostarczają państwowym weterynarzom i inspektorom sanitarnym zdjęcia i filmy, na których widać, że padły drób nie był zabezpieczany i odpowiednio składowany w chłodniach, tylko leżał na stertach przed kurnikami przez długi czas. Ścieki z kurników były odprowadzane wprost na drogę gminną. Posadowienie techniczne kurników nie spełniało także wskazań z decyzji środowiskowej wydanej przez wójta gminy Nowe Piekuty. Co więcej, padły drób był składowany i zakopywany w pobliskim lesie.

Dochodzi do kontroli fermy drobiu. Inspektor Sanitarny z Wysokiego Mazowieckiego oraz Nadzór Budowlany w tym powiatowym mieście nie widzą powyższych nieprawidłowości mimo dostarczonej im dokumentacji zdjęciowej i filmowej. Inspekcja Sanitarna zbadała jedynie wodę w wiejskim wodociągu, w której nie znaleziono bakterii Escherichia coli i jej toksyn, stwierdziła zatem, że nie ma tutaj dalej nic do roboty. Powiatowy Lekarz Weterynarii po kontroli fermy stwierdził niewielkie uchybienia, które polecił usunąć. Dopatrzył się jedynie: braku spójności i ciągłości w prowadzonych zapisach i procedurach czyszczenia i dezynfekcji pomieszczeń magazynowych i kurników, braku oznakowania kontenera chłodni do przechowywania ubocznych produktów, braku zdawania padłego drobiu oraz braku aktualnego badania wody z własnego ujęcia.

Czy słowo „niewielkie uchybienia” jest właściwe? Zapytaliśmy Sanepid i Powiatowego Lekarza Weterynarii o tę sytuację. Inspektor Sanitarny w Wysokiem Mazowieckiem jedynie westchnął, informując, „że ma pandemię koronawirusa”, zaś Powiatowy Lekarz Weterynarii oświadczył, że „szkoda, że państwo Radziszewscy nie zawiadomili go wtedy, kiedy widzieli łamanie prawa przez gospodarzy fermy drobiu”. Jego słodką tajemnicą pozostaje to, dlaczego nie zabezpieczył miejsca składowania drobiu w lesie i dlaczego w ogóle nie usunął go stamtąd. Bomba biologiczna nadal tyka!

Prokurator

– Czy naprawdę musiało zginąć dziecko, żeby cokolwiek się ruszyło? – pyta Emil Radziszewski, tata zmarłego Antosia i walczącej o życie Amelki. W jego ocenie służby państwowe nie wywiązały się i nadal nie wywiązują z powierzonych im kompetencji.

O tym mogliśmy się sami przekonać na własne oczy. Szok i niedowierzanie towarzyszyły nam w pobliskim lesie, gdzie znajduje się cmentarzysko drobiu. Okrutnie tam śmierdzi, a teren ten nie jest niczym zabezpieczony! Służby stwierdziły tam jego obecność i nic z tym nie zrobiły. Dlaczego, pytamy po raz kolejny?

Patrząc na niekompetencje służb i ich opieszałość w działaniu, państwo Radziszewscy zawiadomili prokuraturę w Wysokiem Mazowieckiem. Ta sprawa właśnie została przeniesiona do białostockiej jednostki. Drugie postępowanie toczy się także w Białymstoku, w sprawie popełnienia błędów medycznych w szpitalu w Łapach, które doprowadziły do śmierci trzyletniego Antosia. Zawiadomienie złożyli jego rodzie. Chcąc dociec, jakie testy i badania wykonali lekarze z tamtejszego szpitala, stawiając błędną diagnozę dotycząca stanu zdrowia ich dziecka.

Dalej walczą o życie córki…