Gospodarstwo Wiktora Kowalczuka o powierzchni 414 hektarów znajduje się we wsi Wilne na obrzeżach przemysłowego miasta Krzywy Róg w południowo-wschodniej części kraju. Kiedy wojska rosyjskie przekroczyły Dniepr na samym początku wojny, nagle działania wojenne były tylko o trzydzieści kilometrów od wioski. Na szczęście Rosjanie zostali zatrzymani i po ofensywie armii ukraińskiej we wrześniu i październiku wojna odsunęła się o 10-20 kilometrów.

Kowalczuk gospodaruje na 24 ha własnej ziemi, 33 ha należących do członków rodziny, a pozostałe 357 ha dzierżawi od drobnych właścicieli. Podobnie jak wielu innych, sprzedaje tylko wtedy, kiedy absolutnie musi – żeby mieć pieniądze na bieżące wydatki i pensje pracowników.

- Gdybym miał sprzedać wszystko, co mam po obecnych cenach, wkrótce byłbym bankrutem, mówi Kowalczuk i podaje przykład:

- W zeszłym roku dostawaliśmy 300 dolarów za tonę pszenicy. W tym roku, przy odbiorze z gospodarstwa, mogę dostać tylko 100 dolarów.

Wyższe ceny w porcie

Nieliczni w regionie, którzy wysyłają swoje produkty do zachodnich sąsiadów Ukrainy, to prawie wyłącznie ci, którzy mają własne ciężarówki. Zatrudnianie przewoźników zewnętrznych jest zdecydowanie za drogie.

Częściowe zniesienie rosyjskiej blokady ukraińskich portów nad Morzem Czarnym na początku sierpnia było małym światełkiem w ciemności i spowodowało lekki wzrost cen.

Na szczęście Viktor Kowalczuk ma własną 24-tonową ciężarówkę Renault i zaczął nią wozić zboże do portu w Odessie.

- W porcie otrzymuję równowartość 400-420 dolarów za tonę rzepaku, w porównaniu do 300 dolarów, gdyby kupujący miał odebrać na farmie, mówi Kowalczuk.

- Nawet jeśli odejmiemy koszty transportu wynoszące 40 dolarów za tonę, to i tak jest trochę lepiej.

Czynsz dzierżawny „w naturze”

Wiktor Kowalczuk płaci czynsz dzierżawny w postaci płodów rolnych, co jest dość popularne na Ukrainie. W przeliczeniu na cztery hektary upraw, tzw. „paj”, płaci 4,3 tony zboża, 150 kilogramów nasion słonecznika i jedną tonę słomy. Ponadto wykonuje orkę ogrodów właścicieli dzierżawionych gruntów. 

- W ubiegłym roku czynsz dzierżawny wynosił równowartość 6000 hrywien za hektar. Dziś jest to o połowę mniej, ponieważ ceny zbóż spadły w czasie wojny o ponad połowę, mówi Wiktor Kowalczuk. 

Lepiej na zachodzie

Zachodnia Ukraina do tej pory była „młodszym bratem” ukraińskiego rolnictwa: gleby było uboższe, gospodarstwa mniejsze i dalej było do czarnomorskich portów, przez które przechodziła niemal całość ukraińskiego eksportu płodów rolnych. Teraz, podczas trwającej wojny, z okupowanymi lub częściowo zablokowanymi portami i katastrofalnym spadkiem cen, rolnicy w zachodniej części kraju zyskują na bliskości krajów UE, takich jak Polska, Słowacja i Węgry.

Gospodarstwo Stepana (ojca) i Olega (syna) Eleczko znajduje się we wsi Piddnistriany (Poddniestrzany), 60 kilometrów na południe od Lwowa. To typowa rodzinna firma, która odniosła sukces dzięki trzech dekadom ciężkiej pracy i dużej dozie ostrożności. Z 10 ha w 1992 r. gospodarstwo rozrosło się do 300 ha obecnie, z czego 50 ha jest własnością rodziny Eleczko, a 250 ha jest dzierżawione od 120 miejscowych właścicieli. To są małe działki o powierzchni 0,24 - 2,5 ha, które pracownicy kołchozów otrzymali po ich rozwiązaniu w latach 90. ub. wieku. 

- Trzeba uważać przede wszystkim na kredyty. Jeden fałszywy krok może doprowadzić do katastrofy, mówi Oleg Eleczko i podaje przykład:

- Pięć lat temu kupiliśmy nowy ciągnik John Deere 6, 195 KM. Połowę zapłaciliśmy gotówką, a na  resztę dostaliśmy kredyt z oprocentowaniem 18 procent i spłatą na 3 lata. Wtedy ważne jest, aby dokładnie wszystko zaplanować.

W ostatnich latach w ukraińskim rolnictwie panowała przynajmniej względna stabilność, a ceny zbóż i nasion oleistych były przyzwoite.

Dramatyczna zmiana

Agresja Rosji dramatycznie zmieniła sytuację. Ceny surowców i oleju napędowego wzrosły ponad dwukrotnie, a ceny zbóż spadły o ponad połowę. Spadek cen soi był nieco mniejszy i Stepan i Oleg Eleczko mogli sobie pogratulować, że w zeszłym roku zasiali soję na 80 procentach swoich pól.

- Soję można teraz sprzedać po 14 200 hrywien za tonę w porównaniu do 18 000 hrywien w zeszłym roku. W pierwszych miesiącach wojny cena wynosiła zaledwie 11 000 hrywien za tonę, ale potem nieco wzrosła, mówi Oleg Elechko.

Duże gorzej jest w przypadku pszenicy, za którą mogą dziś otrzymać około 5000 hrywien za tonę, czyli znacznie poniżej cen na rynkach światowych. 

Dla rolników w zachodniej części Ukrainy jedynym realnym sposobem jest dziś sprzedaż do sąsiednich krajów - Polski, Słowacji, Węgier, Rumunii. Problemem jest transport.

Wynajęcie firmy transportowej nie wchodzi w rachubę, ponieważ stało się to bardzo drogie - mówi Stepan Eleczko.

- Planowaliśmy zakup suszarni, ale zmuszeni sytuacją kupiliśmy używane Volvo 500 z 2017 roku. Niedługo sami zaczniemy wozić pszenicę i soję. Do Polski czy gdziekolwiek będzie to najbardziej opłacalne.

Soja wygrywa

W tej chwili Eleczko mają w magazynach 300 ton pszenicy z tegorocznych zbiorów i 250 ton soi z ubiegłorocznych. W tym roku spodziewają się zebrać 600 ton soi. I robią to, co robi większość ukraińskich rolników w tych niezwykle trudnych czasach – sprzedają jak najmniej, by pokryć bieżące wydatki – niezbędne inwestycje, podatki i opłaty dzierżawne.

Jeszcze w ubiegłym roku Eleczko kupili 30 ton oleju napędowego po 24 hrywny za litr. Wkrótce po wybuchu wojny cena wzrosła do 60 hrywien, a obecnie (początek października) wynosi 48 hrywien.

Dzięki nowo wprowadzonemu rządowemu systemowi kredytowemu (zero procent podczas trwania wojny i 5 procent po jej zakończeniu) mogli kupić z Polski pięć ton saletry pod ozimą pszenicę. 

Ten rok był przyzwoity - zebrali 8 ton pszenicy z hektara i spodziewają się 3 ton soi z hektara. Udaje im się nie zatrudniać pracowników - na gospodarstwie pracuje, oprócz Stepana i Olega, jeszcze tylko także zięć Stepana.

Duży może więcej?

Nie tak dawno temu było dość łatwo wydzierżawić ziemię uprawną na Ukrainie, ale dziś już nie jest to takie proste.

– Zarówno średni rolnicy, jak i przede wszystkim duże firmy, ukraińskie i zagraniczne, wydzierżawiły już prawie wszystko, co było do wydzierżawienia – mówi Stepan Eleczko.

Oleg i Stepan Eleczko obawiają się dnia 1 stycznia 2024 r., kiedy zgodnie z nową ustawą osoby prawne, czyli spółki, będą mogły kupować do 10 tys. hektarów ziemi rolnej. Dotychczas ziemię uprawną można jedynie było dzierżawić, chociaż od lipca ubiegłego roku osoby fizyczne (nie spółki) mogą już kupować po maksymalnie 100 ha.

- Duże firmy, ukraińskie i zagraniczne, mogą wykupić większość gruntów rolnych, a gospodarstwa rodzinne, takie jak nasze, mogą już niedługo należeć do przeszłości, mówi Oleg Eleczko.

FAKTY

Gospodarstwo Olega i Stepana Eleczko, Piddnistriany, zachodnia Ukraina

Powierzchnia upraw: 300 ha

  • w tym posiadane: 50 ha
  • dzierżawione od 120 właścicieli: 250 ha

Uprawy w 2022 r. (powierzchnia i plony z hektara)

  • Pszenica ozima: 60 ha (8 ton)
  • Soja: 240 ha (3 tony) (prognoza) 

Pracują w gospodarstwie: 3 osoby – ojciec Stepan Elechko, syn Oleg Elechko, zięć Stepana

Park maszynowy:

  • Kombajn zbożowy Claas Tucano 580, 7,7 metrów
  • Ciągnik John Deere 6 196 KM
  • Pług Lemken
  • Siewnik Väderstad Rapid 400C
  • Koparka Caterpillar