Zapomnijmy zatem o ociepleniu klimatu o 1,5 st. C. Tak dobrze idzie nam dbanie o środowisko, że teraz prognozowanym wzrostem są 3 stopnie, a sądząc po tempie zmian, nie jest to ostatni zły prognostyk.  

Państwa intensyfikują politykę klimatyczną. Frans Timmermans już zapowiedział, że Unia Europejska zaostrzy plan ochrony klimatu. Problem w tym, że Unia Europejska nie jest samotną wyspą na tym globie, a polityka zobowiązań od lat spala na panewce. Owszem i my możemy uderzyć się w pierś. Wszystkie kraje członkowskie emitują 9% dwutlenku węgla do atmosfery (Polska jest jednym z niechlubnych liderów w UE), ale dla porównania Chiny 29%, a USA - 14%. Te dwa kraje, abstrahując od ich wielkości i zaludnienia, odpowiadają za prawie połowę emisji gazów. I, nie oszukujmy się jest to środowiskowa konsekwencja ich gospodarczego wzrostu oraz marzeń o potędze. 

Wizerunkowa klapa COP27?

Może zatem następny szczyt klimatyczny powinno się przeprowadzić w znacznie zawężonym gronie. Jakże zbawienne byłoby to dla środowiska! Na tegoroczny szczyt przyleciało (tak, tak przyleciało) ponad 35 tysięcy delegatów z 200 krajów. Czy rozmowy w tak szerokim gronie mogą cokolwiek zmienić? Czy organizowanie szczytu klimatycznego w miejscu, do którego nie da się dotrzeć inaczej niż najbardziej nieekologicznym i wysokoemisyjnym środkiem transportu – samolotem – jest jasnym dowodem oderwania od rzeczywistości organizatorów?  Czy w dobie globalnej wioski, po doświadczeniu covidowej pracy zdalnej, nie można było tego zorganizować w hybrydowej formie, która chociaż fasadą opowiadałaby się za prośrodowiskowym podejściem do polityki i biznesu? Już nie mówiąc o niektórych delegatach, którzy nawet nie wybrali samolotów, a prywatne jety! Z danych FlightRadar24 wynika, że 36 prywatnych odrzutowców wylądowało w Sharm el-Sheikh między 4 a 6 listopada, kolejne 64 przyleciały do Kairu, z czego 24 z Sharm el-Sheikh. Dziewięć lotów pochodziło z Wielkiej Brytanii, a pozostałe z krajów europejskich, w tym z Włoch, Francji i Holandii. Dwa były z USA do Kairu – jeden z Atlanty i jeden z Waszyngtonu. Międzynarodowy lider Energy and Climate Intelligence Unit powiedział BBC News, że skupianie się na sprawach nieekologicznego transportu jest chybione, bo jest to znikomy koszt w porównaniu z wpływem decyzji i zobowiązań podjętych na szczycie. Zobowiązania będą, to już wiemy – czymże byłby szczyt klimatyczny bez końcowych obietnic, ale wpływ decyzji tam powziętych będzie zapewne porównywalny z ubiegłorocznymi. 

To jeszcze szczyt klimatyczny czy już wakacje all inclusive?

Kolejną sprawą wartą odnotowania jest koszt wzięcia udziału w tym wydarzeniu. Koszt marginalizujący właśnie tych najbiedniejszych, których zmiany klimatyczne dotykają najmocniej. Deputowani z różnych krajów informowali o podwyżkach cen zakwaterowania w egipskich hotelach, które drastycznie wzrosły tuż przed konferencją. Dodajmy do tego przelot i mamy rachunek, który przytłoczy niejednego delegata z Afryki i innych krajów rozwijających się. W efekcie już od początku wyklucza się tych, którzy dotkliwie ponoszą konsekwencję tych zmian. Oczywiście, żeby była jasność zmiany klimatyczne dotkną wszystkich, ale wzrost temperatury w już gorących częściach świata stanie się piekielnym doświadczeniem, a ratunkiem będzie migracja. Egipskie Stowarzyszenie Hoteli obwinia rząd za podwyżki cen pokoi hotelowych, a rząd twierdzi, że nie ma z tym nic wspólnego. Płać delegacie i płacz. 

Omar Farouk: Jeśli nie jesteś przy stole, będziesz w menu

Przyszedł i czas na pieniądze. Nie oszukujmy się one są kluczowe, nawet w rozmowach o zmianach klimatycznych. Kto i dlaczego ma za to wszystko płacić? Odejście od obecnego poziomu emisji wymaga zmian chociażby systemu produkcji energii, a to jest czaso- i kosztochłonne. Poza tym odchodzić możemy my, bo kraje biedniejsze chcą się rozwijać i nie zamierzają słuchać połajanek bogatszych państw o tym, że jest na to za późno. Czy ich zdenerwowanie i poczucie niesprawiedliwości są słuszne? 

W Afryce znajdują się pokłady węgla i gazu. Jaka zaznacza Omar Farouk Ibrahim, sekretarz generalny Stowarzyszenia Afrykańskich Producentów Ropy Naftowej w wywiadzie dla BBC, teraz jest czas, by te nowoodkryte zasoby wykorzystać, ponieważ na kontynencie jest 600 mln ludzi, którzy nie mają dostępu do energii elektrycznej. Kategorycznie oburza się przeciwko rezygnacji z tego pomysłu w imię transformacji energetycznej. Odrzuca pomysł, by Afryka zrezygnowała ze swoich rezerw ropy i gazu w zamian za technologie odnawialne i finansowanie ze strony bogatszych narodów. Nie wierzy w te zapewnienia i ma ku temu przesłanki, ponieważ w 2009 roku po szczycie klimatycznym w Kopenhadze kraje wysoko rozwinięte zobowiązały się do długoterminowej pomocy finansowej, wspierającej działania na rzecz dostosowania się do zmian klimatu w krajach rozwijających się w wysokości 100 mld dolarów. Pomocy tej nie wypłaciły. 

Nie wszystkim jednak ten głos się podoba. Są i tacy, których obecność osób z branży energetycznej i wydobywczej razi. - Jeśli chcesz zająć się malarią, nie zapraszasz komarów - powiedział Phillip Jakpor, który pochodzi z Nigerii i współpracuje z Public Participation Africa. Ale Omar Farouk to nie jedyny lobbysta na COP27. Liczba delegatów powiązanych z paliwami kopalnymi na szczycie klimatycznym ONZ w tym roku wzrosła o 25%. Ponad 600 osób to przedstawiciele przemysłu węglowego, naftowego i gazowego, którzy chcą wpływać na kształt debaty i trzymać rękę na pulsie zmian. 

Korporacyjna wolna amerykanka 

Ciekawym wątkiem jest również udział wielkich koncernów w tej układance. Państwa są rozliczane z emisji CO2, przynajmniej w teorii, tymczasem nikt nie przygląda się międzynarodowym gigantom, a być może to ich politykę należałoby wziąć pod lupę i zmienić w pierwszej kolejności. Za kryzys klimatyczny odpowiada niewielka liczba wielkich korporacji związanych przede wszystkim z wydobyciem ropy, węgla i gazu oraz koncernów paliwowych. Dlaczego zatem poszczególne kraje nie wpływają na swoich gigantów, którzy rozrastają się, często generując emisje na poziomie państw? Czy nie powinnyśmy skupiać się także na odpowiedzialności poszczególnych podmiotów i u podstaw wpływać na nich. Czy nie byłoby to skuteczniejsze niż doroczny międzynarodowy spęd? Jeszcze jedno: z danych jasno wynika, które branże należy zmienić w pierwszej kolejności. To nie rolnictwo jest głównym winowajcą i emitentem, a często w debacie publicznej to właśnie ono zbiera cęgi. Łatwiej odpowiedzialność spychać na np. hodowców bydła, niż zwiększyć wymagania wobec koncernów. Tymczasem rolnictwo, choć emituje kilkanaście procent CO2 (tu dane są zależne od źródła), to może przyczynić się do poprawy jakości powietrza poprzez sekwestracje węgla i dzięki tzw. rolnictwu węglowemu przynajmniej częściowo spłacić swój rachunek emisyjny. Czy tym samym może pochwalić się branża energetyczno-wydobywcza? 

Te firmy, które w znacznym stopniu przyczyniają się emisji gazów cieplarnianych, powinny również wyznaczyć cele w zakresie redukcji emisji i być w tej kwestii bardziej przejrzyste. Oczywiście to nie stanie się samo. Trzeba prawnych regulacji i nacisków społecznych. I tu dochodzimy do sedna sprawy. Czy coroczne spotkania na arenie międzynarodowej mogą przyczynić się do zatrzymania galopujących zmian klimatu? Tylko jeśli mówimy o budowaniu świadomości i poparcia dla idei. Jak bowiem pokazują poprzednie lata polityczne zobowiązania ulatują z pamięci światowych przywódców. Politycy liczą koszty i mierzą słupki poparcia. Tylko społeczeństwa państw wysoko rozwiniętych, i to tych demokratycznych, mogą wpływać na stan rzeczy. Jeśli coś jest trudnym politycznie zagadnienie jak np. zmiana modelu produkcji energii, zmiany w zakresie transportu, to decyzje muszą się politycznie kalkulować. I jeszcze jedno. Nawet jeśli UE i USA znacząco zimniejszą swoją emisje, to w grze zostają inne kraje. Przede wszystkim Chiny i Indie, które prą naprzód w rozwoju gospodarczym. Jest także Rosja ze swoją 5-procentową emisją oraz kraje rozwijające się w tym te z Afryki, które już zapowiadają, że chcą wzmacniać wydobycie węgla i gazu. Jeśli kogoś dźgać opiniotwórczym kolcem i wywierać wpływ to prócz polityków, języczkiem uwagi powinny stać się wielkie korporacje. Bądźmy jednak optymistami w realnych kalkulacjach. Wiele w ostatecznym rachunku się nie zmieni, ale warto oddychać czystszym powietrzem. Wszystkim nam to wyjdzie na zdrowie!